Nota prawna

Reklamy

Groves

Wieczór jaśniał w świetle lampionów unoszących się w przestrzeni i dających wyobrażenie gwieździstej nocy, którą jednak Bóg nie obdarzył mieszkańców miasta. Ci jednak, mimo iż tradycja nakazywała czekanie ze świętowaniem do pierwszej migoczącej gwiazdy, już od kilku godzin chodzili i bawili się na ulicach. Faktem było, że tradycja tradycją, a zabawa zabawą.

Jak co roku najwięcej ludzi kręciło się po rynku między kamienicami w samym sercu osady. To tu pijano, tańczono i spotykano się ze starymi przyjaciółmi, których w dni powszednie ciężko było zauważyć w tłumie. To również tu można było poprzyglądać się zdobnym karocom, pięknym, białym koniom i miejscowej arystokracji zajmującej szczególne miejsce na bankiecie urządzonym w podwórzu największej kamienicy – co nie znaczyło, że głównie tam przesiadywali.

Alexander patrzył na to wszystko z zachwytem, wciąż nie dowierzając, że oto nadszedł dzień kiedy mógł sam zapuścić się na rynek. Sam to znaczy bez towarzystwa ojca, matki, czy też starszego rodzeństwa. W tym roku ukończył piętnaście lat i nikt już nie widział problemu, by spędził dzień św. Bernarda tak, jak od lat robili to dorośli – w grupie zaufanych przyjaciół z kuflem ciemnego piwa.

Właśnie dlatego siedzieli przy jednej z karczm i pili. Ciężko było znaleźć sobie kawałek ławki do siedzenia, ale że ojciec jednego z jego kompanów był właścicielem Baryłki to mieli ten jeden problem z głowy. To też dawało chłopakom pole do żartów z miejscowych żebraków, bo też to głównie oni chodzili od karczmy do karczmy, próbując znaleźć sobie dobre miejsce do upicia się zazwyczaj w swoim własnym towarzystwie. Przynajmniej na tyle na ile to było dzisiaj możliwe. Reszta, jeśli nie widziała możliwości by usiąść po prostu szła na sam środek rynku, gdyż to tam odbywały się występy oraz tańce. Co do tych ostatnich to głównie bawiły się panny. Łączyły się w koła i rzadko pozwalały się wyciągnąć nieznajomym poza nie. Oczywiście były wyjątki. Zawsze jakieś były.

Thomas właśnie jeden taki obserwował i to od dłuższego czasu. Był starszy od Alexandra o jakieś niecałe trzy lata. Znali się ze szkoły i z parafii – obaj zostali zmuszeni przez swoje matki od kilkuletniej katorgi w kościelnym chórze. Na szczęście z czasem obaj utracili czas na takie rozrywki. W takich chwilach można było się nawet ucieszyć, że fabryki funkcjonowały również w niedziele. Wracając, Thomas, trzy niecałe lata starszy, pił już czwarty kufel piwa i przyglądał się nieznajomej, przynajmniej Alexandrowi dziewczynie, tańczącej teraz z niejakim Clarkiem, byłym chociaż według wielu wciąż aktywnym kieszonkowcem z okolic Bottom Border. Była wysoka, miała rude włosy, jasną cerę i bardzo dźwięcznie się śmiała.

— Podejdź do niej, gdy znudzi się Clarkiem – odezwał się Ben, upijając łyk piwa. Thomas nagle się wzdrygnął i spojrzał na niego zaskoczony.

— Co? Coś mówiłeś?

Ben westchnął ciężko. Dopił piwo, odłożył kufel i podniósł się, nie zwracając uwagi na ciekawskie spojrzenia kompanów. Po prostu udał się powoli przed siebie, mijając mniej lub bardziej pijanych ludzi. Nim dotarł do miejsca, gdzie bawiła się rudowłosa dziewczyna, ta faktycznie znudziła się coraz śmielszym złodziejaszkiem i chętnie zgodziła się na taniec z kimś, kto był bliżej jej wieku. Thomas zaś wyglądał jakby ktoś wyrwał mu nowe, zimowe buty, kupione za ciężko zarobione pieniądze.

— Cóż, spóźniłeś się, Brown – zakpił Fabien i sam się podniósł. — Kto chce jeszcze przegapić okazję do zabawy, niech tu siedzi i pije, ja nie zamierzam. — Jego słowa poskutkowały, bo zaraz wszyscy zaczęli kończyć picie i powoli odchodzili w stronę bawiących się. Tylko Thomas siedział dalej na miejscu, w międzyczasie prosząc kelnerkę o dolewkę. No i oczywiście Alexander. Nieśmiały Alexander, który wolał trzymać się „bezpiecznej strefy” niż dosłownie gnać z nieznane. W istocie nie skończył nawet jeszcze jednego kufla, a już robiło mu się coraz weselej. I tak,  w istocie pierwszy raz pił. Prawdą też było, że z dziewczyny, z którymi najczęściej miał kontakt to były dotychczas jego siostry. Tak, siedzenie z Thomasem było najbezpieczniejszą opcją i wcale nie czuł by tracił tak dużo. Niemniej trochę dziwnie mu było, widząc oddalających się kompanów, którzy z łatwością zagadywali do losowych panien. Co jednej to piękniejszej. Co jednej to w bardziej kolorowej sukni. Jedni uzyskiwali to co chcieli – tańczyli, nie kryjąc zadowolenia, chcąc przy tym albo pozostać na tym, co już osiągnęli lub pragnąc jeszcze więcej. Drudzy zaś kończyli z odmową. Mniej lub bardziej drastyczną. Zazwyczaj bardziej, bo ciężko było zrozumieć słowo „nie”. Szczególnie, gdy się go praktycznie nie dopuszczało do świadomości. Alexander wybuchł śmiechem, gdy Fabien został uderzony w twarz za zbytnią nachalność. Dziewczyna szybko odeszła, a ten stał oszołomiony nadal wsłuchując się w śmiech i kpiny naocznych świadków.

Thomas milczał dalej.

— Co z tobą? — w końcu zapytał, nie mogąc znieść nastroju kompana. Thomas zdążył już do połowy opróżnić piąty kufel. Patrzył teraz smętnie przed siebie, unikając napotkania rudej dziewczyny, która nadal świetnie bawiła się z Benem. Chwilę powzdychał, pokrzywił się, aż w końcu nabrał powietrza w płuca i odgarnął nieco dłuższe, ciemne włosy.

— Rachel Blanche. Jej kuzynka to przy niej nikt. Może być cieniem, może tylko wspomnieniem – mówił, chwiejąc się trochę. Znów się napił. Tymczasem Alexander niezbyt wiedział o co mu chodzi. Przynajmniej przez chwilę. Z czasem go w końcu oświeciło. Blanche. Nazwisko dość znane w ich dzielnicy. Część rodziny nadal prowadzi piekarnię, najlepszą w okolicy i nadal zjawia się na każdej, wieczornej mszy świętej. Część, bo dwa lata temu…

— Nadal o niej myślisz? — zdziwił się Alexander. Był przekonany, zresztą tak jak wszyscy, że ze strony Thomasa było to chwilowe zauroczenie panienką z sąsiedztwa. I to taką, o której mógł tylko pomarzyć i jaka mogła być jedynie dla niego wyzwaniem. Punktem na liście. Zadaniem, ale na pewno nie miłością życia. Z resztą, sam tak mówił, gdy pewnego wieczora wyznał im, że panna Blanche coraz przychylniej na niego patrzy i zerka w okno ilekroć czai się pod nim wieczorami. Cała historia miała jednak swój tragiczny finał. Bardziej dla samej Rachel, ale to wszystko było dwa lata temu.

— Nie – mruknął pod nosem. — Czasem tylko odwiedzam jej grób. Na szczęście postanowili pochować ją na tutejszym cmentarzu.

Po chwili znów wbił wzrok w Bena i rudowłosą.

— Czyli, to jej kuzynka?

— Tak, od strony matki. Mówiłem ci już. Wspomnienie. — Skończył w końcu pić i zaraz znów zawołał kelnerkę. To zaczynało się robić niepokojące.

Nie rozmawiał nigdy z Thomasem o Rachel. Właściwie rzadko rozmawiał z kimkolwiek na takie tematy. W pracy zwyczajnie nie było na to czasu, zresztą widywali się tylko podczas krótkiej przerwy obiadowej, gdzie każdego bardziej interesowało jedzenie niż wspominanie kobiet w swoim życiu. Z tego też powodu Alexander nie znał szczegółów. Wiedział, że ze strony Thomasa nie było to poważne. Przynajmniej tak sądził, lecz teraz przyjaciel zmienił nieco namieszał w tym, co uznawał za fakty. Panna Blanche faktycznie odwzajemniła zainteresowanie, spotykali się, a potem wybuchła z tego głośna afera i rodzice zmusili ją do wyprowadzki do innego miasta. Tam pożyła może z dwa miesiące. Właściwie to nie wiedział czemu zmarła.

Jego siostry często gadały o romansach. Nie bywał w domu często, ale w takich momentach wolał wyjść i nie wracać. Były w tym wszystkim dość naiwne. Kto wie, może Rachel też taka była. W końcu dwa lata temu była w ich wieku. I tu go wręcz trochę zmroziło.

Wypił resztę piwa i westchnął ciężko. Przenosił wzrok z pijącego Browna, na bawiących się ludzi. Już dawno stracił z zasięgu wzroku kolegów. Zamiast nich widział coraz mniejszą liczbę dzieci, co było naturalne. Zabawa dla nich kończyła się wraz z późniejszymi godzinami. Sam jeszcze rok temu musiał wrócić do domu jeszcze przed północą. Czuł, że zmieniło się dziwnie dużo.

W końcu się podniósł, widząc, że nie ma już szansy na porozumienie się z Thomasem. Wiedział, że raczej się już nigdzie nie ruszy, a tutaj będzie bezpieczny. Ktoś  rodziny Bena z czasem wciągnie go do środka i posadzi pod ścianą w miarę ciemnym i cichym kącie. A kto wie, może nawet użyczą mu koca. Ruszył zatem w miasto, lekko chwiejąc się na nogach. Miał dobry humor, chciał się po prostu bawić, a teraz nie było dla niego problemem dołączyć do jednego z barwnych korowodów. Wśród zgromadzonych ludzi tylko on nie posiadał maski. Zwyczajnie nie miał czasu na jej zrobienie, nie mówiąc już o kupnie. Tym sposobem otaczał go tabun śmiejących się, barwnych ludzi. Otaczały go pióra, melodyjne głosy, dźwięki gitar, lutni i skrzypiec. Kolorowe suknie, stukot pantofli i śpiew. Znał ten śpiew. To Treva, córka karczmarza. Nie pamiętał którego, lecz nie miał on swego majątku przy rynku. Zatrzymał się, z trudem wyrywając się z korowodu. Odnalazł wzrokiem scenę. Dużą, drewnianą, znajdującą się na samym środku placu. Na krzesłach siedzieli muzykanci, grali. A między nimi stała młoda dziewczyna o długich jasnych włosach, z wplecionymi w nie polnymi kwiatami, ubrana w liczne, można rzec szlachetne kolory. W czerwień, złoto i liczne kolorowe wstążki. Śpiewała wystarczająco głośno, by przebić się przez tłum świętujących, dlatego mimo odległości dobrze słyszał słowa pieśni.

A holiday, a holiday
And the first one of the year
Lord Donald’s wife came into the church
The Gospel for to hear

Nikt nie odważyłby się chociażby wyszeptać tych słowa za dnia, zaś Treva śpiewała. Pieśń zakazana. O czymś co miało miejsce jeszcze nie tak dawno temu, a czego świadkowie żyli nadal. Arystokracja. To była pieśń o jednym z nich i o skazie jakiej doznał. Teraz nikt nie zwracał na to uwagi. Szybko znaleźli się śmiałkowie, którzy do niej dołączyli. Każdy znał tekst i każdy wiedział, że członkowie miejscowej szlachty mogą bawić się wśród nich. Z resztą, kto wie, może nawet oni śpiewali. Z resztą nie było w tej historii nic nadzwyczajnego. Nie miała nawet jednego dobrego bohatera i kończyła się z niedosytem. I choć wydawałoby się zwyczajna przyśpiewka mieszczan, to jednak zakazana, oficjalnie zapomniana. Dlaczego? Z błahej i być może dziecinnej przyczyny. Ukazywała szlachtę jako coś z czego można zrezygnować dla drobnego, młodego chłopaka. A nawet za to zginąć. Nikt przecież nie mógł być lepszy od szlachcica. I nikt nie mógł wspominać tej historii, bo jej świadkowie nadal żyli, gotowi ukarać każdego, kto złamie tę wręcz świetą, choć nie spisaną regułę.

W tej chwili łamał ją cały rynek.

— Oh, I can’t come home, I won’t come home. And sleep with you tonight. By the rings on your fingers. I can tell you are Lord Donald’s wife. — Śpiewał, przystępując samotnie z nogi na nogę, lecz nie za długo. Poczuł nagle czyjś oddech na karku, przez co głos ugrzązł mu w gardle. Chwilę potem zapach słodkich perfum. Zdecydowanie nie należących do tych, które można było zakupić na targu.

But if I am Lord Donald’s wife. Lord Donald’s not at home. He is out in the far cornfields. Bringing the yearlings home.— Usłyszał tuż przy swoim uchu i lekko drgnął. Głos wydawał mu się wręcz anielski. Nie tak mocny jak Trevy. Może dlatego, że cichszy. Przeznaczony tylko dla niego.

Odwrócił powoli głowę i zaniemówił. Tuż za nim stała piękna dziewczyna. Niewiele od niego wyższa, czarnowłosa w białej masce z motywem motyla, z błękitnymi i srebrnymi zdobieniami. Miała długą, niebieską suknię z lekkiego i delikatnego materiału. Odkryte ramiona, długie szerokie rękawy. Drobne dłonie. Nie mu tylko ujrzeć jej oczu, ale siłą rzeczy zdawały mu się być również niebieskie. Niebieska dama.

Minęła go, ruszyła dalej, ale wystarczająco wolno, by mógł ją dogonić. To też uczynił. Właściwie to wręcz machinalnie, instynktownie. Niewiele myślał, a wrzawa nie pozwalała mu nawet na chwilowe zastanowienie. Chciał zobaczyć dokąd go zaprowadzi, a przede wszystkim kim jest i dlaczego zadedykowała mu akurat te słowa pieśni. Być może tylko dlatego, że były następną zwrotką, a być może z innego powodu. Czy to było swego rodzaju zaproszenie? Tylko do czego? Nie wiedział, nie zastanawiał się nad tym, po prostu szedł dalej za nią, dosłownie zapominając o całym świecie, który stał się dla niego jego zgłuszonym hukiem, śmiechem. Co jeśli śmiano się z niego?

Zatrzymał się, dopiero, gdy i ona się zatrzymała. Stała tyłem do niego i nie ruszała się. Tłum zaś wykrzykiwał po raz kolejny te same słowa. Treva bardziej tańczyła niż śpiewała. Wszyscy zapomnieli o świecie, a on próbował zapomnieć o drążącej go niepewności. Może to był chwilowy sen? Marazm. Nie jawa. Może i ona była tylko iluzją tej nocy?

I właśnie wtedy odwróciła się do niego z uśmiechem. Złapała jego dłonie, nie czekając aż ośmieli się ją oficjalnie zaprosić do tańca. Wszystko minęło, gdy tylko poczuł chłód jej dłoni. Nie iluzja, nie sen. Jawa. Tańczył w tłumie ludzi, czując ją coraz bliżej siebie. Piękną, zamaskowaną nieznajomą. Myślał kim była. Nadal zadawał sobie pytanie dlaczego on. Przecież był tylko chudym, lekko podpitym chłopakiem znikąd. Dzieckiem fabryki o szorstkich dłoniach, co musiała już zauważyć.

Zrobiła piruet. Jeden, drugi, trzeci. Poruszała się lekko, jakby była na trawie. Jakby byli sami, gdzieś na końcu świata. Oddaliła się, więc przyciągnął ją znowu. Sam nie wiedział kiedy jego dłonie objęły ją w pasie. Spojrzał jej w oczy, próbując tym razem dostrzec kolor jej oczu i rozwiać przypuszczenia, lecz na marne. Znów mu uciekła. Uwolniła się z uścisku robiąc piruet. Śmiała się. Ten dźwięk odbił się kilkukrotnie w jego uszach. Zaraz do niej podbiegł, złapał ją znowu. Trochę niezdarnie, wstydził się tego, a ona śmiała się dalej.

— Jak masz na imię? — zapytał, gdy znów była blisko. Tym razem trzymał ją mocniej. Nie chciał puszczać. Najlepiej mieć dla siebie i tańczyć aż do świtu.

— Czy to ważne? Nie po to dziś ludzie przywdziali maski. — Uśmiechnęła się i objęła jego szyję. — Ona będzie mieć jutro kłopoty. — Odwróciła głowę w stronie sceny, gdzie zabawa trwała w najlepsze. — Lord nie odpuści jej hańby.

— Może. — Wzruszył ramionami. — Bardziej interesuje mnie twoje imię.

Znów się uśmiechnęła i zbliżyła się bardziej. Objął ją mocniej, zamknął oczy. Doskonale czuł te perfumy i ten chłód. Oba razem były wręcz kojące. Być może chciała mu coś powiedzieć, ale właśnie wtedy spięła się, puściła go i gwałtownie odsunęła, robiąc kilka kroków w tył. Wystraszył się. Czyżby zrobił coś nie tak? Nie chciał. Naprawdę, nie chciał jej wystraszyć, ale być może się zapomniał. W głowie mu huczało, wzrok się zamazywał. Dudniło mu w uszach od zmęczenia. Kolana się uginały, a ona odchodziła.

— Zaczekaj! — Zawołał i ruszył za nią, starając się nie zgubić jej w tłumie. Minął go nieznany mężczyzna, nieco lepiej ubrany, być może bogaty mieszczanin. Dogonił ją, powiedział coś i się zatrzymała. Zdążyli wyjść z tłumu i pokierować się w jedną z ciemniejszych uliczek. Alexander zatrzymał się w bliskiej odległości, ale nadal tak, że oświetlały go rynkowe lampy. Dziewczyna chwilę rozmawiała z nieznajomym, aż doszło do nich kilka kolejnych osób. Ubrani bogato, strojnie, ale nadal skromnie przy starszym, chudym i łysym mężczyźnie, odzianym w wystawny, żołnierski mundur, jaki mogli nosić raczej tylko wysoko postawieni, emerytowani wojskowi. Ewidentnie mężczyzna do nich należał. Potem wydarzyło się więcej niezrozumiałych mu rzeczy.

Wojskowy ujął dłoń dziewczyny i delikatnie ucałował. Ta już nie uśmiechała się tak wesoło jak, do niego. Była spięta, z pewnością. Czymś widocznie zdenerwowana, ale nie na tyle, by mężczyzna to zauważył. Podjechała do nich bogata, choć niewielka kareta. Puścił ją przodem, weszła, potem arystokrata, nieznajomy, ktoś jeszcze, a ostatnia osoba zamknęła drzwiczki pojazdu i usiadła obok woźnicy. Nim skończyła się pieśń, zniknęli w mroku, a Alexander patrzył nadal, czując się w tym wszystkim coraz bardziej zagubiony.

Wtem muzyka ucichła. Ludzie przestali się bawić, a na scenę wkroczyli żołnierze. Wyrwali muzykom instrumenty oraz brutalnie pospychali na ziemię, by zaraz pojmać i wyciągnąć wszystkich w inną ulicę, gdzie stały wozy. Część ludzi zaczęła się awanturować, pokrzykiwać, szczególnie, gdy dwoje ostatnich podeszło do Trevy. Dziewczyna stała na samym brzegu, tuż nad publicznością, namawiającą ją do skoku. Wszyscy ją uwielbiali, to też chcieli chociaż jej dopomóc w ucieczce. Ciężej byłoby ją, tak jak muzyków, wyrwać z łap władzy. Ona jednak nie skakała. Śpiewała dalej.

A grave, a grave, Lord Donald cried
To put these lovers in
But bury my lady at the top
For she was of noble kin.

Skończyła i jakby nigdy nic poddała się. Zeszła ze sceny z gracją i wysoko podniesioną głową. To tylko dodało ludziom odwagi. Zjawili się kolejni żołnierze i wszystko wskazywało na to, że lada moment rozpętają się zamieszki. Zabawa i śpiew przemieniły się w walkę i wrzaski. W końcu jeden donośny głos zawył.

— Najpierw Groves, potem reszta! Precz z Donaldem! Precz z Donaldem! — reszta pochwyciła hasła i zaraz cały rynek huczał jak bardzo nienawidzi Lorda Donalda. Alexander wycofał się pod karczmę rodziny Bena, której przód wyglądał jak pobojowisko. Nigdzie nie widział Thomasa, więc wpadł do niemal opustoszałego środka. Znalazł śpiącego przyjaciela w jednym z kątów, ale w takim stanie, że mógł pomarzyć o obudzeniu go. Tymczasem naprawdę potrzebował pomocy. Czuł nadal te perfumy, słyszał nadal ten głos. Nadal próbował wyobrazić sobie jej oczy, a jednocześnie ledwo oddychał ze strachu. Jawa, czy koszmar? Zaproszenie? Czyżby miał być żałosną, kopią Grovesa? Jego historia była niejasna, a nazwisko zakazane równie mocno co pieśń o nim. Historia ta wydarzyła się niedawno. Ludzie pamiętają. Lord Donald pamięta. Lord Donald go widział. A jeśli nie on, to mijający go człowiek. Śmiał tańczyć z jego żoną. Śmiał trzymać w ją ramionach.

I choć cała sprawa mogła po prostu ucichnąć to on czuł, ze nie zapomni. Zapisała się w jego głowie, choć spędził z nią zaledwie moment. Głupiec.

 

Justyna Niedziela, październik 2018 r.

Bajka o życiu

Z nieba padał śnieg. Marny na tyle, że każdy płatek stawał się kroplą jeszcze na długo, nim tknął ziemię. To był ostatni taki opad tego roku. Marcowy śnieg. Pożegnanie Pani Zimy – spalonej i pływającej gdzieś przy brzegu miejscowego jeziora.

Niektórym dzieciom, które oglądały topienie Marzanny, było szkoda brzydkiej kukły. Zdecydowanej mniejszości, na której tle wyróżniał się Franek. Niski, chudy chłopczyk. Jednym słowem — mały. Nawet jak na swój wiek. Przodował, bo nie powstrzymał łez w momencie podpalenia. Zupełnie jakby wraz z klasą nie żegnał mroźnej paskudy, a żywą istotę, która wcale nie zasługiwała na tak okrutny los. Był wrażliwy. Wcale nie bardziej niż powinien, a jednocześnie zbyt mocno. Dlatego wyżsi i więksi chłopcy z klasy nazywali go beksą. Znowu. Prawdą było, że nie zdarzyło mu się to po raz pierwszy.

Franek był niezdarą. Niezdarą, która nie miała dość siły, by dobrze kopnąć piłkę, o trafieniu nią gdziekolwiek nie wspominając. Dlatego, chociażby nie lubił chodzić na lekcje WF–u. Nie lubił też przerw, bo zawsze znalazł się ktoś, komu sprawiało ogromną uciechę doprowadzanie go do płaczu. W końcu nie było to wcale takie trudne.

W całej swojej, z boku trochę śmiesznej, niedoli, nie był taki całkiem sam. W jego klasie byli jeszcze Antek, Szymek i Zosia. Każde z nich miało jakiś problem, z jakim lepiej lub gorzej starali się sobie poradzić. W tym wszystkim byli razem, a jednocześnie osobno, bo jedno drugiemu nigdy nie pomagało. Jedynie co, to razem wracali ze szkoły do domu.

Tego dnia też tak było. Szli, pozornie nie zwracając uwagi na żegnającą się z ludźmi zimę, czy coraz liczniejsze, wiosenne kwiaty. Mijali kolejne ulice, rzędy szarych kamienic i ludzi z nadąsanymi minami. Żadne z nich się nie odzywało, nie dzieliło się myślami. Szli razem, ale każde osobno. Jak zawsze, lecz do czasu. Zazwyczaj nie słyszeli za sobą ciężkich kroków oraz szyderczych głosów. Podążała za nimi banda. Pierwszy raz ośmielili się towarzyszyć im za murami szkoły. Jak cienie, jak sępy, jak uparte nieszczęścia.

– Jest Brzydula, Mądrala, Biedak i Beksa! Super!

Franek się nie oglądał. Oczyma wyobraźni widział grupkę dobrze mu znanych chłopaków. Nie bez powodu za nimi ruszyli, tym bardziej, że mieszkali na drugim końcu miasta. Miasta, które było wystarczająco małe, by wiedzieć, gdzie kto mieszka i gdzie kto zazwyczaj się nie pojawia. Teraz miękły mu nogi. W szkole, mimo nieprzyjemności, czuł się bezpiecznie, jednak teraz, gdy ludzi wokół było coraz mniej, obawiał się, że może wydarzyć się coś po prostu złego. Po chwili patrzyło na nich już tylko szare niebo.

– Ciekawe, które szybciej biega?

Zerknął na Zosię, idącą tuż obok i zdał sobie sprawę, że nie tylko on się boi. Dziewczynce drżały ręce, a wzrokiem jakby intuicyjnie próbowała znaleźć dobrą drogę ucieczki. To samo Antek i Szymek. Wodzili wzrokiem po przestrzeni, starając się przy tym nie poruszać głową. Nie chcieli pokazać, że się boją. To tylko przyspieszyłoby, coś, co mogliby jeszcze uniknąć.

– Możemy to sprawdzić.

Słowa ledwo zdążyły zawisnąć w przestrzeni, a ciężkie kroki stały się szybsze, żwawsze i głośniejsze. Pierwszy ruszył Szymek, zaraz za nim reszta. Tylko Franek najwolniej. Pędem przebiegali między kolejnymi budynkami. Trasę wyznaczała naprzemiennie pierwsza trójka, w zależności, kto przejmował prowadzenie. Żadne z nich nie chciało paść ofiarą szykan w takim miejscu. Każde chciało tylko bezpiecznie wrócić do domu. Tymczasem natrafili na problem. Nagłe zdarzenie rujnujące komfortowy plan działania. Niespodziankę i to taką, z jakiej nikt by się nie ucieszył.

Biegli praktycznie na oślep, niewiele zastanawiając się nad swoimi wyborami. W efekcie bardzo szybko zgubili się wśród rzędów starych kamienic i ciasnych, ciemnych uliczek. Być może gdyby wybrali raz lub dwa prawo zamiast lewo, wyszliby na tym lepiej. Nie myśleli. Polegali na strachu drugiego. Franek ostatni dobiegł tuż pod wysoką ścianę, która przysłoniła im dalszą drogę niczym wyrok. Być może dla zwykłego dorosłego nie aż tak wysoką, lecz im wydawała się ogromna. Przyspieszone oddechy dzieci z czasem ucichły. Wszystko przez nieco pocieszającą świadomość, że zgubili swój ogon.

– Możemy wracać – zaczął Antek, poprawiając okulary. Biegnąc, omal nie spadły mu z nosa.

– Zgłupiałeś? Oni na pewno nas dalej szukają! – Szymek kręcił się niespokojnie, jednocześnie rozglądając się po nieznanej im okolicy.

– Poza tym… – wtrąciła nieśmiało Zosia – wiesz w ogóle, którędy mamy wracać? – Pytanie głucho zawisło w przestrzeni, a Antek zrobił się trochę blady. On bardzo rzadko nie znał odpowiedzi na żadne pytanie. Właściwie Franek pierwszy raz widział go w takiej sytuacji, niemniej był pewny, że nie mógł wiedzieć wszystkiego. Tacy ludzie istnieli tylko w bajkach. Zresztą szkoda, że w jednej z nich właśnie nie byli. Wtedy Antek mógłby być najmądrzejszy na świecie, będąc przy tym czarodziejem i jakimś zaklęciem sprowadziłby ich wszystkich do domów, nim zrobi się zupełnie ciemno lub też dopadnie ich wcześniejsze niebezpieczeństwo.

Wtem rozległy się głośne nawoływania. Krzyki bandy. Dzieci ponownie zamarły tylko po to, by zaraz w panice podbiegać pod martwe budynki, szukając jakiejkolwiek kryjówki. Lada moment mógł nastąpić ich koniec. Finalizacja problemu. Tylko że żadne z nich nie chciało nawet o tym myśleć. Za ślepą uliczką ewidentnie kryła się droga, która mogła okazać się wybawieniem.

Pierwszy pomysł należał do Szymona. Niewiele pomyślał ani też nie odezwał się do równie wystraszonych kolegów. Ściana biegła od jednego budynku do drugiego, a przy jednym z nich, tuż obok niej znajdował się balkon, którego spód miał na wysokości głowy. Podbiegł do niego i używając wszystkich sił, wdrapał się, by po chwili stanąć na barierce, podskoczyć i złapać się spodu kolejnego. Sprawnie, jakby z siłą dorosłego mężczyzny dostał się piętro wyżej, a przede wszystkim wyżej od szczytu ściany. Pozostała trójka bacznie obserwowała jego poczynania. Szymon spojrzał niepewnie w dół, ale nie wahał się nazbyt długo. Skoczył, kończąc z głośnym hukiem niczym adept sztuki latania.

– Szymek? – Zosia na moment przestała obgryzać paznokcie. Odpowiedziała jej cisza. – Coś mu się stało!

– No i? – Antoni prawie warknął. – Martw się o siebie, inaczej cię dopadną!

Po chwili klęknął tuż pod murem i zaczął kopać w ziemi. Zosia i Franek patrzyli na niego w lekkim, ale też krótkim osłupieniu.

– Co ty chcesz zrobić? – Znów zapytała.

– Nie widzisz? Przekopię się pod murem! – Odpowiedział, nie przerywając nawet na moment. Frankowi wydawało się to wszystko, coraz dziwniejsze. Szymon skaczący z wysokości jakby bardziej z bezradności niż próby podjęcia działania. Antoni kopiący rękoma w ziemi, co nie mogło przynieść pożądanego skutku. Chciał znaleźć inny sposób niż przeskoczenie przez mur niż próbę jego pominięcia w ten właśnie sposób. Kopał w ziemi. Wariat.

Tymczasem okrzyki zdawały się coraz bliżej. Głośne, warczące niczym stado wygłodniałych wilków, jeżyły włosy na karku. Zosia już płakała, trzęsąc się jak osika.

– Znów będą mówić, że jestem gruba, że jestem brzydka i będą mnie ciągnąć za włosy… – powtarzała jak w amoku, trzymając dłonie na bladych policzkach. Franek zaś stał nieruchomo, patrząc na tę dwójkę i gorączkowo myśląc, co powinien zrobić. Zaciskał ze strachu dłonie, przygryzał wargę i zerkał w przeciwną stronę uliczki. Byli coraz głośniejsi, ale wciąż niewidoczni. Znów się rozejrzał. Mur pozostawał niewzruszony, nadal spisując ich na doświadczenie paskudnej tragedii, która wielkimi krokami, nieubłaganie nadchodziła. Była ich przeszkodą, trudnością, z którą żadne sobie nie radziło. Szaleli, szukając absurdalnych rozwiązań, załamywali ręce lub po prostu uciekali. Czy to oznaczało, że Szymon, Antoni i Zofia byli już martwi? Tylko w jakim sensie? Dwójka pozostałych stała praktycznie obok, ale na swój sposób właśnie martwa. Przegrali i to mniej lub bardziej świadomym walkowerem. Pokonała ich ta ślepa uliczka.

Czy w takim razie on też był pokonany? Czy on też był już martwy? Był beksą. Poddawał się zawsze. Zawsze przegrywał. Nigdy nie widział dla siebie szansy. Był mały, chudy, blady i płakał nawet nad paloną kukłą. Nic nie znaczył, a zatem nie mógł odnieść zwycięstwa. Powinien się poddać tak, jak płacząca tuż obok Zofia. Powinien skoczyć tak, jak Szymon albo pomóc kopać Antoniemu grób. Tak, Antoni kopał sobie w istocie grób. Nieświadomie skazał się na przegraną.

Franciszkowi niezbyt podobała się taka bajka. Szara jak odległe wspomnienie, brudna i niosąca takie przykre przesłanie. Czy wszyscy mieli tu zginąć? Stanąć pod murem i dać się okładać po twarzach? Czy zawsze słabi muszą ustępować? Wystarczy spróbować. Podjąć walkę. Zderzyć się ze ścianą, stracić ząb czy dwa, a z nimi przytomność. Chłopak zawziął się, ten jeden raz próbując. Oddalił się, choć już za sobą słyszał triumfalne wrzaski oprawców. Znaleźli ich. Dopadną ich, ale nie jego. Na pewno nie jego.

Nabrał rozpędu, wrzeszcząc jak wojownik wydarty ze starej, zapomnianej baśni. Odbił się, skoczył, ale czy przeskoczył?

Widzicie, życie jest dla każdego z nas trochę jak dla tego Franka. Wrzuca nam silniejszych, kroczących tuż za naszymi plecami, ale wcale nie po to, by pomogli nam wstać przy upadku. Niekiedy wyrasta spod ziemi mur i powstaje ślepa uliczka. Problem, brak rozwiązania. Moment gorączkowego myślenia nad rozwiązaniem, którego przecież nie ma. I to bolesne plucie sobie brodę nad utraconym planem, pomysłem, chęcią, a często nawet całym dotychczasowym życiem. Pytanie, czy szukamy rozwiązania, wiedząc, że pozornie ono nie istnieje? Czy może siadamy w kącie, płacząc nad swym losem? Czy pozwalamy rządzić panice? Albo doskonalimy sztukę latania?

Czy Franek przeskoczył swój koniec?

Justyna Niedziela, październik 2018 r.

Co w tobie nie pisze?

Doczytajcie do końca, bo nie będziecie wiedzieli, co robić!

Kochani!

Składamy w Wasze ręce kilkumiesięczną pracę. Oczywiście, nie mam zamiaru Was nudzić na temat, jak ona przebiegała, bo to nas wszystkich najmniej obchodzi. Część osób się poddała, a najsilniejsi dotrwali do końca.

Test jest stworzony z myślą o zagubionych autorach i być może spotkacie wiele banałów. Ale nie tylko młodych! Także z myślą o autorach zagubionych 16+. Przychodzi czas, kiedy nie widząc rezultatów, należy pomyśleć nad alternatywą. Wchodzimy powoli w dorosłość, nie ma co robić złudnych nadziei, a trzeba zająć się ważniejszymi rzeczami, zwłaszcza, gdy pisanie idzie tak sobie.

Podczas gdy trzynastoletnie dziewczynki mają czas, rozwijają się i próbują różnych rzeczy (to jest jak najbardziej naturalne), tak im jesteśmy starsi, tym bardziej powinien nam ktoś uświadomić, że nie do twarzy nam z pisaniem. Być może w ten sposób ocalimy czyjś czas, który miałby zmarnować nad żmudnym kleceniem słów.

ZASADY BHP:

1) Bądźcie uczciwi rozwiązując test. Nikt Was nie będzie oceniał, a każde pytanie zawiera poradę, jak polepszyć swoje umiejętności.  Nie wymagamy publikacji odpowiedzi ani wyników. Zróbcie to dla siebie.

2) Prosimy, abyście nie podważali naszych pytań i ich uzasadnień. Owszem, każdy może mieć własne zdanie, ale pracowało i przeglądało te pytania tyle osób i było tyle sporów, że pojedyncza opinia nie zrobi na nas wrażenia. To nasza autorska wizja, masz prawo jej nie przyjąć, okej?

Jak rozwiązywać test?

To chyba Was najbardziej interesuje.

Najpierw napiszcie sobie liczby od 1 do 93.

Stworzyliśmy sto opisów dotyczących podejścia do pisania lub cech tekstu. Jeżeli, jakieś twierdzenie Was będzie dotyczyło, to stawiacie obok kropkę, kreskę, serduszko, co tam chcecie, na karteczce, może to być jakiś wydarciuch z zeszytu, mała biurowa, nawet paragon. Ważna jest numeracja, by wiedzieć, do czego ewentualnie wrócić.

Zainwestujcie dużo czasu. Niektóre części mają prawie cztery tysiące słów. Do tego trzeba usiąść, poczytać, zagłębić się. Polecamy czytać uzasadnienia, niektóre są dość rozlazłe, ale warto, bo to będzie przelanie na Was całej naszej wiedzy, wszystkich porad z wyszukanych źródeł i doświadczeń własnych jak i cudzych.

Pamiętajcie: stawiacie kreskę, tylko wtedy, gdy „też tak macie”, rozumiemy się? Pod koniec będzie wszystko wyjaśnione.

Uwaga! Niektóre pytania będą dotyczyły jakości Waszej pracy, więc jeśli nie jesteście pewni, to zapytajcie się kogoś szczerego do bólu. W razie czego oferujemy Wam naszą pomoc, piszcie na priv, ale z konkretnymi pytaniami np.: „Czy mój bohater jest papierowy”?

>>> PRZEJDŹ DO TESTU <<<

Bordeaux

— Bernard O’Cuinn, na twój widok nóż mi się w kieszeni otwiera — Potężny mężczyzna, o barkach szerokich jak szafa, ubrany w grafitowy dzienny garnitur, podniósł się z krzesła na widok Bernarda. — Mimo wszystko dobrze cię widzieć.

William Bayley przybył sam. Zgodnie z obietnicą. I chociaż jego ludzie zostali w samochodzie, nie pozwolił nikomu przekroczyć progu kawiarni. Był zadowolony, że Bernard pojawił się na spotkaniu.

Zmienił się. Zaczesał rude włosy do tyłu na żelu, zgolił bujną czerwoną brodę, którą się tak szczycił w chwili, gdy poznał Bayleya. Przybył w oliwkowej harringtonce i białej koszuli. Błysnął sygnetem wyciągając prawicę do swojego byłego szefa.

— Siadaj, synu.

Bernard posłusznie zajął miejsce naprzeciw Bayleya. Jego twarz była bez wyrazu, jakby myślami wybiegał bardzo daleko. William go znał: wiedział, że pod wiecznie znudzoną aparycją kryje się niezwykle skoncentrowany i bystry umysł. Gdyby ktoś zabrał rudego dzieciaka z ulicy i wysłał do szkoły, mógłby zajść dalej niż William Bayley.
Zaplótł ręce przed sobą. Czuł zgrubiałe opuszki, szorstką skórę. Silne dłonie, które ciężką pracą zaprowadziły go na szczyt.

— A teraz, mój drogi Bernardzie, opowiedz staremu, cóżeś zrobił z moim konikiem?

*

Do kawiarni Williama Bayleya zaszedł przypadkiem. Włócząc się ulicami San Francisco, wchodząc do pierwszego lepszego lokalu, by skryć się przed nagłym oberwaniem chmury.

Być może w wyniku nieśmiesznego zakładu lub zwykłego obrotu losu (pozytywnego, czy negatywnego — Bernard długo się nad tym zastanawiał, niestety bezskutecznie) trafił w odpowiednie miejsce, na właściwego człowieka i w właściwej chwili.

— Hej, chłopcze! Podejdź no… — powiedział niski, ale niezwykle szeroki mężczyzna, o szpiczastym podbródku i szerokich nozdrzach. — Dajcie mu wina, niech się rozgrzeje.

Bernard nie aprobował tego pomysłu, wiedząc jak szybko alkohol uderza mu do głowy, ale nie śmiał odmówić. Chociaż nie miał pojęcia wówczas, gdzie trafił, to William Bayley na pierwszy rzut oka wzbudzał respekt. Mogło to być coś w jego ruchach i tonie głosu, że w momencie, gdy mówił “siadaj”, Bernard był gotów usiąść na podłodze.

Zajął miejsce przy wskazanym stoliku. Po chwili wrócił i szef kawiarni. Kazał sobie nalać tego samego wina.

— Złodziejem jesteś — stwierdził, wyraźnie bawiąc się bezczelnością i bezpośrednością. Na Bernardzie nie zrobiło to wrażenia. — A wiem, że pytałeś o mnie.

Dopiero wtedy zrozumiał mniej więcej sytuację w jakiej się znalazł. Przed kilkoma tygodniami szukał istotnie grupy, powiedzmy, że istniejącej gdzieś pod paznokciem prawa. Potrzebował ochrony lub narzędzia, którym mógłby rozwiązać problem swojego życia rodzinnego.

Mary Ann odeszła wraz z małym Jeffreyem. Odeszła do typa, którego on szczerze nienawidził od momentu, gdy pierwszy raz ujrzał jego parszywy pysk na swoim podwórku. Z jakiegoś powodu Mary Ann wybrała listonosza. Gdzieś racjonalizm mu podpowiadał, że być może ze złodziejskiego fachu nie mógłby utrzymać rodziny i zapewnić przyszłości swojemu synowi. Jednak to było jego. Jako złodziej czuł się dodatkowo poniżony, że sam dał się okraść i to z tego, co miał najcenniejszego.

Próbował szukać pracy. Próbował szukać domu. Ciągle próbował.

Nie bardzo jednak potrafił rozmawiać z ludźmi, gdy jego piegowata twarz i czerwona broda z dodatkowym obcym akcentem, wręcz krzyczała na prawo i lewo “obcy”, “Irlandczyk”. I nim ktokolwiek zdążył go poznać, przypięto do niego łatkę pijaka i łajdaka.

Jednak lubił cwaniaczyć. Nie mógł tego ukryć nawet przed samym sobą.

— Pytałem.

Bayley zaplótł ręce na brzuchu. Czekał na dalsze wyjaśnienia. Kelnerzy obserwowali się zza lady krótki pojedynek spojrzeń.

— Szukam pracy — rzucił bezmyślnie.

Później wyrzucał sobie, że dał się tak łatwo złamać.

— Nie ufam złodziejom — odparował spokojnie William. — Ale możemy się dogadać…

*

— Nie interesuje cię, dlaczego właściwie ośmieliłem się okraść wielkiego Williama Bayleya? — zapytał z przekąsem Bernard, odzywając się po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy w zapomnianej już kawiarni.

Pamiętał jak bardzo nieszczęśliwy i samotny pojawił się w tym miejscu po raz pierwszy i jak rosła w nim wściekłość za każdym kolejnym razem, gdy przekraczał próg lokalu, próbując ciągle coś udowodnić, by usłyszeć, że to wciąż za mało, że potrzeba czasu i cierpliwości “mój chłopcze”.

Berard zacisnął ręce na kolanach.

Zmienił się. Czuł się inny wewnątrz. Twardszy i chłodniejszy. Doświadczony. Zwykły złodziejaszek pochodzący z dziury zabitej dechami i zalanej tanią whisky, któremu udało się jak szczur przybyć za morze w poszukiwaniu wielkiej fortuny i kariery, a który przechytrzył jednego z najbardziej wpływowych osób podziemia.

Nie przyjął zaproszenia, by Bayley znowu wodził go za nos. Tym razem sam chciał rozdawać karty.

— Nie — odparł twardo William. — Kompletnie nie interesują mnie twoje pobudki, motywy i filozofie życia. — Pochylił się lekko nad stołem, jakby chcąc powiedzieć Bernardowi coś, co powinien usłyszeć tylko on: — Interesują mnie MOJE pieniądze.

Pomimo twardego tonu, Bernard nie przyszedł negocjować. Patrzył na człowieka w ruinie. Zupełnie jak przed laty Bayley patrzył na niego.

— W Teksasie jest wielu kupców. Kupują konie, nie pytają skąd, jedynie interesuje ich rodowód i autentyczność. Płacą bajeczne pieniądze z krain “Opowieści z 1001 nocy”. Bordeaux, prawdopodobnie odpoczywa teraz na zasłużonej emeryturze pośród daktyli i perskich dywanów — odparł lekko Bernard, zapijając swoją wypowiedź lekko kwaśnym winem.

*

Padł strzał.

Konie uwolniły się z boksów. Bernard jedynie rzucił okiem przez okno na rozgrywające się derby. Jego wzrok pobłądził za karym ogierem. Arabem czystej krwi z białą plamką pod okiem. Nie dało się go pomylić z żadnym innym koniem.

Jednak prawdziwe emocje działy się przy kasach bukmacherskich w budynku obok toru wyścigowego na drugim piętrze. Niektórzy stali w oknach, modląc się żarliwie, by siła wyższa przekuła ich potrzebę zarobienia w prędkość dla zwierzęcia, na którego właśnie postawili. Część toczyła wojnę na argumenty w mniejszych kółkach dyskusyjnych. Spóźnieni, typowali na kogo było jeszcze można. Były osoby, które traktowały to jako wydarzenie z jarmarku i kupienie losu w kole fortuny, inni postawili na szali dorobek z miesiąca, a nawet oszczędności. Pośród nich był właśnie Bernard, który kompletnie nie wiedział, co tam robił, William, który wiedział, aż za bardzo co tam robił i jego prawa ręka John, o którym generalnie nie było zbyt wiele wiadomo.

Cyrk zaczął się w momencie, gdy jeden ze ścigających się koni potknął się i przewrócił. Pozostałe potknęły się o niego, inne zdołały przeskoczyć. Na tor wkroczyła pomoc medyczna. Koń zmiażdżył dżokejowi nogę.

Wszyscy byli w ciężkim szoku, poza Johnem i Williamem. Bordeaux nie miał już konkurencji. A  Bernard nadal nie wiedział, co się stało. Nie znał się na koniach, a o bukmacherstwie wiedział tyle, co Bayley mu powiedział.

Zabrał go na derby jeszcze kilka razy. Chociaż O’Cuinn nadal się na tym nie znał, to zaczynał rozumieć, że są rzeczy cenniejsze od pieniędzy. Na przykład rzeczy, które te pieniądze robią.

Nikt nie odpowiadał na jego pytania. Częściej zabierano go na wyścigi i kazano mu obserwować, kto, ile i na którego konia stawia. Czasem dochodziło do bójki, bo nikt nie lubił się dzielić pieniędzmi, a zaczęto powszechnie uważać, że Bordeaux zawsze wygrywał.

Do chwili, gdy wyścig wygrał koń imieniem Cesear jego praca przypominała robotę stróża w sklepie. William zażyczył sobie tego konia.

Następnego dnia media huczały o okropnej tragedii w stajni nowobogackiego Davida Johansona. Wszystkie konie zdołały uciec za wyjątkiem Ceseara, który jako jedyny był przywiązany do swojego boksa.

Policja znalazła ślady włamania. Strażacy — podpalenia.

*

— Ile za niego dostałeś? — Bayley twardo zostawał przy swoim.

— Dużo.

Rozmowa traciła sens.

Po spaleniu stajni i znacznej części stadniny Johansona Bernard spędził dwa tygodnie w areszcie, dopóki ktokolwiek nie ruszył głową, by jakoś oczyścić go z zarzutów. Przyszedł później do Williama i poprosił o przysługę.

— Zajmujemy się pieniędzmi, a nie zabójstwami na zlecenie — odpowiedział mu tylko i wyszedł z kawiarni nie patrząc za siebie. Czekała na niego czarna limuzyna.

Wtedy cała jego kariera jako mafioza przestała mieć sens. Kompletnie nie wiedział, na czym polega jego rola w grupie. Nie wiedział, jak działa. Nie wiedział nawet kto jeszcze do niej należy. Przez kilkanaście miesięcy dawał się wykorzystywać, a miał z tego parę groszy na chleb i mieszkanie w jakiejś ruderze. To było nieproporcjonalne do pieniędzy, które każdego dnia przechodziły przez brudne paluchy Williama.

Niemożliwym było się wycofać, wypisać, zwolnić i zapomnieć.

— Dlaczego mnie zaprosiłeś? — Bernard przybrał łagodny ton, chociaż wspomnienia w nim wrzały.

*

Jego pochodzenie nie przebrzmiało bez echa, nawet w grupie. Znacznie częściej go lekceważono niż w życiu codziennym, chociaż wydawałoby się, że zaufanie i lojalność powinna ich wszystkich zespolić. Być może to był kolejny powód upadku organizacji. Zachowywano się jakby nie istniał lub był tylko kimś od brudnej roboty. Bardzo szybko się przekonał, że nikt go nie chce traktować poważnie. Tym bardziej wyrzucał sobie, że tak późno spróbował udowodnić swoją wartość.

Zaparkował ciężarówkę dziesięć kilometrów za miastem. Jako dzieciak dużo jeździł konno ze swoim ojcem.

Podobnie jak w swoje rodzinne strony, Bernard nie przewidywał, że kiedykolwiek wróci. Lubił palić za sobą mosty, a tym razem obawiał się, że tak łatwo mu nie przyjdzie odcięcie się od sieci.

Spędził więc w Arabii Saudyjskiej dwa lata, a wrócił do San Francisco, by spotkać się z synem. Miał już sześć lat. Mary Ann rozstała się z listonoszem. Wzgardził nią.

— Wieczorem wrócę po ciebie, Jeffrey — powiedział do syna i wyszedł, nie zamieniając ani słowa z byłą żoną.

Chciał dać mu więcej z siebie, chociaż nie było go, gdy ten stawiał pierwsze w życiu kroki, to chciał widzieć jak stawia pierwsze kroki w świat dorosłych. Dać mu szkołę, której sam nie miał, zapewnić dom i dobrobyt, o którym sam mógł marzyć w jego wieku.

Na Mary nie mógł patrzeć. Ilekroć zerkał na jej okrągłą buzię i wielkie oczy, które wpatrywały się w innego mężczyznę… Miał ochotę ją udusić. Była matką jego syna. Nic więcej. Porzuciłby ją tu tak, jak ona porzuciła jego.

Musiał jednak zamknąć pewne sprawy.

*

— Dlaczego mnie zaprosiłeś? — ponowił pytanie.

William podniósł się.

— Nie jest łatwo uciec od familii. Doprowadziłeś nas wszystkich do upadku, Bernardzie.

Po utracie kury znoszącej złote jaja, William, by utrzymać pozycję starał się próbować sił w innych gałęziach biznesowych. Wplątał się w problemy z policją. Znaczna część ugrupowania zaczęła odchodzić i nikt nie mógł ich powstrzymać. Inni padli ofiarą kul innych rekinów biznesu, którym Bayley wszedł na terytorium. Zostali przy nim najbardziej zaufani i lojalni ludzie. Dokładnie czworo.

Wyciągnął pistolet. Najpierw wycelował w Bernarda. Odbezpieczył. O’Cuinn przełknął głośno ślinę. Nie przyszedłby z pustymi rękami na to spotkanie. Siedział bez ruchu.

— Nic mi po twojej śmierci teraz — powiedział William, a ręka zaczęła mu drżeć. Zgiął łokieć pod kątem ostrym, przykładając lufę pod brodę.

Bernard poderwał się z krzesła odrzucając je za siebie. Padł strzał. Kelner doskoczył do trupa z przestrzeloną głową i ścierką wyciągnął rewolwer z ręki rzucając go na ziemię.

Za późno.

O’ Cuinn przewrócił stół skrywając się przed kulami ludzi Bayleya, którzy zaalarmowani strzałem i widokiem roztrzaskanej czaszki swojego szefa, zasypali Bernarda gradem z kul.

Próbował się bronić. Później uciekać. Nim złapał za klamkę drzwi prowadzących do wyjścia kuchennego, dopadła go ciemność.

Wiktoria Mikulska, wrzesień 2018 r.