Colourless green ideas sleep furiously. Część pierwsza

Przed wejściem poprawił wełniany płaszcz, od niedawna za bardzo dopasowany na całej długości. Wkroczył do domu, w którym otaczające go ciepło buchnęło zapachem kulek na mole, taniego detergentu do pielęgnacji drewnianych podłóg, książek oraz zapachów gotowania obiadów dzień w dzień przez dziesiątki lat, które utkwiły w niezmienianych od dekad mebli, kilometrach tapet, boazerii czy pożółkłych kasetonów na suficie. Każdy dom pachniał w wyjątkowy sposób, osadzał się na jego ubraniach i dręczył kolejne godziny, aż wiatr ostatecznie zdmuchiwał z jego ramion niepokojącą perfumę, gdzieś tuż przed ponownym wkroczeniem do własnych czterech ścian.

Był w takim domu po raz tysięczny. Komoda z rudej sklejki, ręcznie szydełkowana serweta, pod nią telefon, co prawda z tych nowszych, produkcję oceniał na przełom dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Zmatowiały wazon z plastikowymi kwiatami, które raz do roku wrzuca się do plastikowej miski i przydusza w wodzie z proszkiem do prania, jakby chciało się utopić ich szkaradność, usunąć z rzeczywistości wybryk cywilizacji. Podłużny dywan w kolorze bordo, ukrywający pod sobą obruszone deski pozbawione lakieru.

I jak za każdym razem, czuł jeden niepasujący zapach. Śmierci. Nie wprost biologicznego rozkładu, gdyż nakreślono mu sprawę jeszcze przez telefon i nie było o tym mowy. Nawet jeśli powtarzano mu w nieskończoność, że od ostatniego uderzenia serca ciało zmienia się w tykającą bombę biologiczną, wiedział, że musi upłynąć jeszcze trochę czasu, aby wychwycić te zmiany bez pochylania się do poziomu komórkowego. W domu nie śmierdziało trupem, a śmiercią. Strachem z nią związaną, pustką, łzami i drżącymi rękoma osoby, która minęła się z kostuchą w drzwiach, wezwało pogotowie, dramatycznie zerwało się do pomocy. Jakby ciepło i bicie serca  rezydenta tego miejsca miało wpływ na przepływ zapachów. Nigdy nie umiał tego wyjaśnić. Najchętniej przerywał wtedy poetyckie porównania i podsumowywał: „musiałbyś sam to wyczuć”, ale po kilku nieciekawych reakcjach poprzestawał w nakręcaniu się tym tematem, a przynajmniej się starał.

Dan zatrzymał się na moment. Wyczuł jeszcze jedną, chociaż słabą nutę. Tytoń. Dobrej jakości, drogiej marki. Przełknął ślinę, która momentalnie napłynęła mu na język. Ciało domagało się swojego paliwa, a ostatnie dziesięć lat żył na kawie i papierosach, aż dwa tygodnie temu chirurgicznie odciął się od swojego nałogu. Od tego czasu ciągle miał chwile słabości, które próbował zabić słodyczami, a jedynym czego udało mu się przez to dokonać, było wypełnianie wszystkich swoich ubrań, dotychczas luźnych i wygodnych, odrobinę zbyt czubacie. Zanim wszedł do kolejnego pomieszczenia pełnego ludzi, odpiął guziki, aby płaszcz wyglądał odrobinę lepiej, potem zganił się w myślach, że zbyt wiele poświęca sobie, a nie sprawie, a przecież nie powinien marnować sił.

To był wystarczająco ciężki poranek, który zaczął się, nim o poranku nie powinno być mowy. Jego plecy nadal pamiętały okropne plastikowe krzesło izby przyjęć, potem dwie godziny badań i finalne stwierdzenie, że „jeszcze nie teraz”. Jeszcze nie tej nocy miał zostać ojcem. Trafiając do domu kolejnego denata, mógł powiedzieć „szkoda”, ale w obliczy kolejnej sprawy: „na szczęście”. Nieważne jak tego oczekiwał, jego wewnętrzny głos rozsądku sinusoidalnie zmieniał nastawienie w zależności od natłoku pracy.

W niewielkiej kuchni siedział lokalny dzielnicowy i pochylał się nad rozkojarzoną kobietą o hinduskich rysach, która zajmowała miejsce przy stole i przed szklanką herbaty, którą mógł zrobić policjant. Zanim wszedł do środka, zerknął jeszcze do sąsiadującego drzwiami pokoju, gdzie kręciło się dwóch młodych chłopaków, techników kryminalistycznych. Jeden ofotografowywał ciało denata, który leżał obok bordowego fotela na plecach. Drugi technik pieczołowicie oprószał szklankę herbaty, na której ściankach zebrał się brunatny kamień wytrącony z wody. Dan ze swojej perspektywy widział tylko jego nogi i kapcie, z których jeden znajdował się na stopie, a drugi pod stolikiem. Kilka papierowych zabezpieczeń z igieł i strzykawek wydawało mu się pozostałością po interwencji medyków. Koroner dopiero rozpakowywał swoje zabawki na podjeździe. Wycofał się.

– DI Daniel Winkler, będę zajmować się wyjaśnieniem tego, co się zdarzyło – przedstawił się.

Kobieta podniosła głowę, a jej wzrok utkwił gdzieś w futrynie nad głową detektywa. Towarzyszącego jej policjanta poznał już rok lub dwa temu po serii włamań w okolicy, w czasie której jeden z właścicieli zmarł uderzony figurką, którą złodziej miał zamiar ukraść.

– Noel Marsh, siedemdziesiąt dwa lata, emerytowany urzędnik. Mieszkał sam – policjant odczytał na spokojnie zawartość służbowego notatnika, a na koniec przeniósł wzrok na na siedzącą przy stole kobietę. Jej okrągłe oczy przebijały się na tle związanych ciasno włosów i tanich, zachowawczych ubrań. Nie musiał zgadywać: opiekunka osób starszych. – A to Alisha Hershel.

– To pani znalazła pana Noela? – starał się, by jego głos nie zabrzmiał źle i nie spotęgował jej roztrzęsienia. Mógł zrozumieć, że to dla niej szok, a jednocześnie była pierwszą osobą na miejscu zdarzenia.

– Tak, przyszłam jak zawsze po dziewiątej. Przed przyjściem zrobiłam zakupy – Nawet nie spojrzała w stronę nierozpakowanych produktów za plecami policjanta, który z nią siedział. – Pan Noel leżał w fotelu. Nigdy tak nie robił. Ani nie robił drzemek, ani nie spał w salonie. Uważał, że od tego jest łóżko. Kiedy próbowałam go obudzić, cokolwiek, zauważyłam, że coś jest nie tak. Wezwałam pogotowie, robiłam pierwszą pomoc, bo nie oddychał. Ratownicy przyjechali i próbowali pomóc, ale za późno….

– Co było nie tak, kiedy się pani zbliżyła?

– Był cały chłodny i mokry od potu. Wyglądał bardzo słabo. Wczoraj czuł się dobrze, gdy wychodziłam, nic mu nie było. Nie rozumiem, co mogło się stać.

We własnym notatniku nakreślił jedynie „9:00>”, „chłodny i spocony”, „leżał na fotelu”. Ostatnie podkreślił, by o tym pamiętać. Lekarz, jak i sama opiekunka zrobili swoje. Cokolwiek się tu stało, wiele zostało zadeptanych już na wstępie.

– Co powiedziała ekipa ratunkowa? – tutaj zapytał już policjanta. Nazywał się chyba Jones.

– Sam przeczytaj – sięgnął po leżącą na stole kartkę, a sięgnął ją tak, że złapał również, pewnie rzucony bezwiednie rachunek z Tesco Express wskazujący na ósmą pięćdziesiąt pięć, potwierdzający to, co mówiła Alisha. Dan objął wzrokiem dokument, nadal kontynuując rozmowę z opiekunką.

– Czy pan Noel na coś chorował?

– Jak na jego wiek, nieszczególnie. Miał lekkie problemy z sercem, podawałam mu leki dwa razy dziennie.

Lekarz w uwagach naskrobał niewyraźnie, że nastąpiło zatrzymanie krążenia, ale dodał, że wygląd skóry, przekrwione gardło i inne wskazują na otrucie i koroner powinien zwrócić na to uwagę.

Pierwsze, co pomyślał: Alisha umyślnie lub nieumyślnie doprowadziła do przedawkowania. Wszyscy musieli tak myśleć, myślała to ekipa ratunkowa, zapewne dzielnicowy również, stąd jego małomówność. Na korytarzu usłyszał jakąś krótką wymianę zdań i gwałtowny ruch.

– To ty go zabiłaś! Ty… Ty… Jak mogłaś?! – Elegancka kobieta, która wpadła do kuchni jak błyskawica, wskazywała na blednącą coraz bardziej opiekunkę.

*

   Postanowił, że lepiej będzie zatrzymać Alishę, aby nie musiała konfrontować się z rodziną pana Noela. Dawał jej jednak do zrozumienia, że to sytuacja przejściowa, że czeka na wyniki badań, które mają wszystko wyjaśnić. Zabezpieczyli używane przez starszego pana leki, rozmawiał z córką, która nie potrafiła powiedzieć czegoś więcej prócz tego, że opiekunka podstępnie otruła jej ojca. Koroner potwierdził podejrzenie otrucia, stwierdził, że jutro będzie wiedział bardziej, a po wynikach toksykologicznych najbardziej, ale na nie poczeka kilka dni. Zostało mu przesłuchanie Alishy, którą zabrali, zanim córka denata wydrapałaby jej oczu.

Siedząc w sali przesłuchań przy stole po środku białego pokoju, mimowolnie przypominał sobie obserwacje oględzin Noela Marsha, który z bliska okazał się zadbanym staruszkiem, z niedawno odwiedzonym fryzjerem, dobrze dobraną sztuczną szczęką, w ładnych ubraniach mimo zalania ich różnymi substancjami w czasie reanimacji. Znad ciała unosił się zapach medykamentów i kulek na mole, ale nigdzie nie wyczuł od niego zapachu tytoniu obecnego w całym domu. Zastanawiało go to, ale tę obserwację zostawiał dla siebie i swojego wyostrzonego na dym papierosowy zmysłu powonienia.

   – Pan mi nie wierzy. – rzuciła Alisha. – To nie byłam ja. Rachel, od kiedy dowiedziała się, że pan Noel pożyczył mi trochę pieniędzy na spłatę zadłużenia, stwierdziła, że wykorzystuję jego dobre serce. Problem w tym, że wcale o to nie zabiegałam. On sam skontaktował się z panią wynajmującą mi mieszkanie i zaproponował, że mnie spłaci, kiedy wypytywałam go, czy poradzi sobie w innych godzinach, abym mogła pracować wieczorami przy sprzątaniu biur. To nie było wiele. Trzy tysiące. Ponad pół roku temu. Od tego czasu spłacałam go po czterysta funtów. Jeszcze dwa miesiące i byłoby zero. Nie miałam powodów, by robić mu krzywdę. Naprawdę go lubiłam. Był moim aniołem stróżem.

   – Dobrze, po kolei. Czym zajmowała się pani w domu? To Rachel się z panią kontaktowała, jak to wyglądało.

– Tak, ona. Miałam referencje od jej koleżanki. Miałam się nim zajmować, trochę oporządzać dom, gdyż jedno z jego gruntownych sprzątań zakończyło się spadnięciem z taboretu i wstawieniem biodra. W tym wieku kości są już jak gąbka. Poza tym cieszył się dobrym zdrowiem, jak na swój wiek, oczywiście. Miał coś z sercem i ciśnieniem, ale od kiedy u niego byłam, jego wyniki znacznie się poprawiły. Oscylowały gdzieś w normach zaniedbanych pięćdziesięciolatków. Jednocześnie pilnowałam, żeby nie kupował i nie brał jakichś aptecznych świństw. Te wszystkie witaminki, suplementy, na odporność, na wątrobę, na pamięć…

Musiał zadać kilka pytań, które dałyby mu lepszy obraz codzienności u pana Marsha.

– Miał problemy z pamięcią?

– Pan Noel był jak na swój wiek bardzo świadomy umysłowo. Nawet z tymi lekami to nie tak, że zapominał, tylko raczej przegapiał godziny ich przyjmowania, bo się zaczytał albo za bardzo skupił się na telewizji. Nie miał demencji ani niczego w tym stylu. Doskonale pamiętał, które z anegdot mi mówił, a których jeszcze nie, nie powtarzał się. Pamiętał o wszystkich urodzinach, numery telefonów do swojej rodziny, ciągle wydzwaniał do żyjących kuzynów, ich dzieci i składał życzenia z okazji urodzin, rocznic i innych. Sama nie mam tak dobrej pamięci, więc tylko pozazdrościć.

– A miał może jakieś… myśli samobójcze?

– Wiem, co ma pan na myśli. Tak, starsi ludzie, szczególnie osamotnieni bywają przygnębieni, że nikt ich nie odwiedza, a ciało coraz bardziej zawodzi. Ale nie on. On ciągle planował rzeczy na przyszłość. Nawet w poprzednim tygodniu chodziliśmy po galerii, bo rozglądał się za prezentami na święta, bo twierdził, że nie lubi tłumów i gonitwy w grudniu. No wiem, że jest dopiero wrzesień, ale z drugiej strony ma to jakiś sens. Rok temu nawet pokazywał, że to, co kupił jesienią w gazetkach ma nawet niższe ceny od tych, które są promocyjne w grudniu.

– A jak układało mu się w rodzinie?

– Jak to w rodzinie. Każda ma jakieś swoje problemy. Córka z mężem prowadzą firmę, ostatnio było krucho z pieniędzmi, ich syn też jest niezłym ziółkiem, miał jakieś problemy z dwa, może trzy lata temu. Nie znam szczegółów. Wiem, że dołożył się do prawnika dla niego, ale jak się to skończyło, to nie wiem. Osobiście nie wiem, czy mieliby jakikolwiek powód, by… Tak się przecież nie robi. Może i go nie odwiedzali często, ale mieli swoje sprawy, a on to rozumiał. Ostatnio wnuk go odwiedził, ale po co, to nie wiem. No prócz Martine. Ona wpadała dość regularnie.

– Jak wyglądały sprawy finansowe? Spadek?

– Wszyscy znaliśmy testament, leżał w sejfie wraz z jakąś biżuterią i były tam wyraźne dyspozycje kto ma dostać jakie pamiątki. Na strychu są dwa kartony zdjęć do obdzielenia rodziny. Z czegoś wartościowszego, bo pewnie o to pan pyta, to był tylko dom. A dom miał być dla Martine  i jest według testamentu, ale to żadne zaskoczenie. Zawsze to podkreślał, że dom, w którym mieszkają dzieciaki będzie dla Teda, a ten dla Martine.

– Zależało jej na tym domu?

– Szczerze? Chyba wcale. Do końca studiów miała mieszkać z koleżankami, potem chyba planowała się przeprowadzić do swojego chłopaka, chociaż planowała też trochę podróżować. Przynajmniej w  takim naszym mniemaniu. On jest lekarzem i myślał o wyjeździe do Afryki. Wiadomo młodzi i milion planów. Jakby się uprzeć, to mogła przecież zamieszkać z dziadkiem, gdyby zaszła. Wiadomo, że to nie tak jak samemu, ale to tak wielki dom, że nie wchodziliby sobie w drogę.

– Coś zaniepokoiło panią wczoraj?

– Wszystko było normalnie… Zjadł obiad, wziął leki. Wyszłam po siódmej, oglądaliśmy The Chase, nie po raz pierwszy zresztą. W poprzednim tygodniu wpadł do niego Ted, potem Martine. Córka wyjątkowo dzwoniła co kilka dni. Wydawało się miło.

– „Wydawało”?

– To źle mówić tak o pracodawcach, ale nie przepadałam za nimi. Przychodzili, gdy mieli jakiś interes. To przykre.

– Będzie musiała pani z nami zostać, gdybyśmy jeszcze czegoś potrzebowali.

Hinduska westchnęła bezradnie. Wiedział, że mu nie uwierzyła, ale mimo to nie protestowała.

– Przesłuchanie zakończono o piątej czterdzieści – podyktował w stronę sprzętu nagrywającego, który stał na stoliku między nimi.

*

Dan wyjątkowo wrócił do domu przed siódmą z dwoma pudełkami chińszczyzny na wynos.

– Wróciłem – krzyknął w głąb korytarza, w ślad za hałasem dobiegającym z telewizora.

– Wcześnie – odpowiedział mu ciepły, kobiecy głos.

– Wiem.

Pospiesznie odwiesił płaszcz, ściągnął buty. W dużym pokoju niewielkiego mieszkanka, na żółtej kanapie leżała kobieta z niedbałym kokiem na głowie, z nogami opartymi o szary puf. Przywitał ją buziakiem. Gemma. Jej ciepłe dłonie na zmarzniętych policzkach były tym, do czego dążył latami. I teraz zaczynało się im układać.

– Jak się czujesz?

– Bez zmian.

– Bez zmian źle?

– Bez zmian: jak małe słoniątko. – Poprawiła bordowy sweter, który zawinął się na jej ciążowym brzuchu. – Mam już tego dość. Cały czas mam wrażenie, że się zaczęło, ale okazuje się, że jednak nie. Chciałam zadzwonić dziś do ciebie z pięć razy, ale jak widzisz, raczej jeszcze nie rodzę.

– Lekarz kazał ci wyluzować.

– Wiem, przecież nie rzuciło mi się na słuch – mruknęła. Miała dość, kiedy powtarzał jej to, co wspólnie słyszeli od lekarzy.

– Przyniosłem nam jedzenie.

– Chociaż taki z ciebie pożytek. Oprócz tego, że nie marznę w nocy – Gemma rozchmurzyła się i sięgnęła po reklamówkę, którą postawił na stoliku przed sofą.

– I jak w pracy?

Opowiedział jej krótko, w niektórych momentach ze szczegółami. Przez lata zdążyła się przyzwyczaić oraz wypracować u siebie minę, która nie wskazywała bezpośrednio na to, jak bardzo nie po drodze jej do takich śmiertelnie smutnych historii. Rozumiała to, że żył dla tych spraw, całe lata poporządkował temu dziwnemu marzeniu. Zniósł pierwsze lata w Policji Metropolitalnej, gdzie zajmował się stłuczkami, przyjmowaniem zgłoszeń kradzieży, prześladowaniu dzieciaków pijących lub palących w krzakach. Przy tym wszystkim czuł, że to nie na jego możliwości, że powinni go docenić, że otacza się ludźmi, którzy nie wierzą, że potrafi poprawnie formułować zdania złożone. Aż w końcu się udało i nieraz poświęcał się temu bezkreśnie. Miał wyniki, chwalili go. A teraz, gdy Gemma była w ciąży, wiedział, że będzie musiał przestać, z dnia na dzień, a może z godziny na godzinę i nie będzie pozwalał sobie na wymówki, aby nie zawieść. Gemma by mu tego nie wybaczyła.

– I wierzysz tej opiekunce? – dopytała po przełknięciu sojowego makaronu.

– Też mi się udziela jej antypatia. Jutro muszę z nimi porozmawiać, chyba też wrócę do tego domu na spokojnie się zastanowić… Chcę to doprowadzić do końca jak najszybciej. Najlepiej nim uzyskam wyniki badań.

– W tym wszystkim nie zapomnij o mnie.

Raz zdarzyło się, że spóźnił się na ich wakacyjny samolot do Maroka, odmówili mu wejścia na pokład, a Gem musiała czekać do godziny jedenastej następnego dnia, aby przyleciał najbliższym samolotem. Była na niego wściekła, gdyż wiedziała, że zawalił to z powodu sprawy. Tutaj nie było o tym mowy, gdyż mogła liczyć jedynie na niego i jego dodającą otuchy obecność.

– Nie zapomnę.

*

Rodzina pana Noela mieszkała w sąsiedniej dzielnicy w piętrowym domu otoczonym pnącym się aż pod dach bluszczem. Sam widok z zewnątrz zachwycał i dawał do zrozumienia, jaki status majątkowy przypada jego właścicielom.

Miał okazję poznać całą rodzinę, oprócz córki denata, którą spotkał już wcześniej. Wraz z posągową Rachel, bardziej panującą nad sobą niż przy pierwszym spotkaniu, na skórzanej eleganckiej kanapie siedział jej mąż, Arthur. Prowadził dobrze mu znaną firmę budowlaną, znaną o tyle, że przy prostym wyszukiwaniu lokalne gazety rozpisywały się o problemach finansowych, co już zdążył zanotować. Do tego dwoje dorosłych dzieci. Ted i Martine. Chłopak siedział niewzruszony z nosem w telefonie, a dziewczyna, blada i z zaczerwienionym od płaczu nosem wydawała się nie spać przez całą noc. Apatycznie wpatrywała się w ceramiczną wazę stojącą na kominku, w którym strzelał świeżo rozpalony ogień.

Myślał, jak powinien zacząć rozmowę, o co pytać. Potencjalne otrucie utrudniało mu formowanie całego zdarzenia w czasie. Nawet jeśli doszło do tego w poprzedni poranek, trucizna mogłaby zostać dostarczona lub podana znacznie wcześniej.

– Jak często kontaktowaliście się z panem Noelem Marshem?

– Ostatni raz na jego urodzinach dwa miesiące temu. Byliśmy wszyscy, poszliśmy do restauracji, potem na spacer. – Milczenie reszty domowników miało potwierdzać słowa głowy rodziny.

– Rozumiem, że państwo pracowali, ale czy Ted i Martine nie wpadali do dziadka sami i go nie odwiedzali?

– Nie widziałem się z nim – Ted podniósł wzrok znad ekranu. – Wizyty u niego bywają męczące. Ciągle gadał w kółko o tym samym. I same bzdety. Że coś tak podrożało o dwadzieścia centów. A tam robią promocje. A tam oszukują, bo podwyższają cenę, by potem dać promocję…

– Martine była niedawno, w poprzednim tygodniu któregoś popołudnia – wtrąciła się Rachel, ale mówiła to, jakby czuła się do tego przymuszona, prawdopodobnie przez to, co mówił jej syn.

– To prawda? Jak wtedy było?

– Normalnie – odpowiedziała lakonicznie dziewczyna, nawet nie przekręcając głowy w jego stronę.

– Często przychodziła i opowiadała mojemu tacie o studiach i swoich planach. Był bardzo z niej dumny… Przepraszam, ale Martine bardzo to przeżyła. Musi minąć trochę czasu, aby się z tym uporać

Matka dziewczyny wydawała się mieć jeszcze dziesiątki argumentów, jak bardzo córka nie jest w stanie rozmawiać o tym, co zaszło, więc postanowił odpuścić. Przeszedł kilka kroków po dywanie i zajął pusty fotel pod przeciwległą do kominka ścianą.

– Dwa miesiące. To dość dawno – stwierdził. – Czy istniał jakiś konflikt między wami, że się nie widywaliście?

– Bez przesady. Po prostu jesteśmy zajęci pracą. To nie jest żaden konflikt. Zresztą czego można chcieć od starszego człowieka? – zapytał oburzony zięć denata, podrywając się z kanapy. – Przepraszam bardzo, ale o co nas pan podejrzewa? Nikt nie miał nic wspólnego z jego śmiercią. Może pan myśleć sobie, co chce ale na pewno nigdy nie rozwiązalibyśmy swoich problemów finansowych. To nawet nie mieści nam się w głowie.

– To normalna procedura. Musimy się dowiedzieć jak najwięcej. Każda informacja może być potencjalnie kluczowa.

– Dlatego nas pan tak magluje? To Alisha podawała leki mojemu ojcu, być może chciała część majątku. Jakiś czas temu ojciec się zastanawiał, czy aby nie przepisać jej czegoś w podziękowaniu za troskliwą opiekę.

– Jak pani na to zareagowała?

– A jak miałabym? – Uniosła brew, a na jej czole nie pojawiła się nawet najmniejsza zmarszczka. – Wyjaśniłam mu, że Alisha z tego powodu dostaje dobrą pensję i nie robi tego bezinteresownie. Ale co zdążył jej nagadać, nie wiem. Szczęśliwie testament nie został zmieniony na jej korzyść. Czy to wystarczy?

– Na razie tak. Jednak chciałbym jeszcze raz zobaczyć dom.

– W porządku – syknął przez zęby Arthur. – Ted pana zawiezie.

Chłopak niewiele młodszy od Dana, usłyszawszy swoje imię, oderwał się od telefonu, w którym skutecznie tonął przez całą jego wizytę.

*

Wrócił na nowo do domu Noela Marsha, tym razem w towarzystwie jego wnuka, który w swoich markowych ubraniach wydawał się nie pasować do tego miejsca. Sam jakby próbował zniknąć w chmurze dymu z e-papierosa, z którym nie rozstawał się od wyjścia z zaparkowanego na chodniku vauxhalla astry. Chemiczny dym drapał detektywa na całej długości gardła, a śladowe ilości nikotyny w patrze wystawiały na próbę jego walkę z uzależnieniem.

Dziwna atmosfera wnętrza jeżyła detektywowi włoski na karku. Pustka z poprzedniego ranka przemieniła się w przeszywający chłód i przejmującą ciszę. Nic jeszcze się nie zmieniło. Kurz nie osadził się na blatach, nie otulił książek i bibelotów. Rodzina, chociaż bezsprzecznie się tu kręciła, nie podjęła się jeszcze gruntownych porządków, jednak dom nie wyglądał na chwilowo pusty, jak wyglądałby przy wychodzeniu na spacer z psem lub po wyjściu do pracy. Było zimno, a chłód podpowiadał, że jeszcze długo nikt nie rozpali kominka, bo po co. Dla kogo? Im później wracał na miejsce zdarzenia, tym bardziej to odczuwał.

Miał wolną rękę. Ted zostawił go samego i poszedł do kuchni. Słyszał jak kilkukrotnie otwiera i zamyka kolejne szafki, aż w końcu znajduje kubki, kawę, herbatę. Cokolwiek.

– Tylko niech pan nic nie stłucze. Rzeczoznawca ma dopiero przyjrzeć się temu, co dziadek miał – rzucił z sąsiedniego pokoju. To była jedyna możliwość nieoficjalnej rozmowy z chłopakiem, bez otoczki protokołów i nagrań audio, siedzenia na korytarzu i wpisywania danych osobowych do formularzy. A mógł coś wiedzieć. Musiał. Mógłby go nawet podejrzewać. Poszedł w ślad za Tedem i zatrzymał się w wejściu.

– To decyzja pana siostry?

– Na pewno się nie sprzeciwia. To było jasne, że dom należy do niej. I jasne, że raczej w nim nie zamieszka. To stare budownictwo w mało atrakcyjnej okolicy. Miły prezent w dorosłość, ale raczej w ramach zastrzyku gotówki, a nie gniazdka do uwicia.

– Skoro wszyscy doskonale orientują się w swojej sytuacji, to skąd te wszystkie tajemnice?

– Nie przepadam za tłumaczeniem się obcym ludziom.

– Znaleźliście testament? To ważne dla śledztwa.

– Tak. W sejfie. Mieliśmy jeden z kluczy, dziadek był świadomy, po co mu ten sejf. Pamiątki według woli, dom dla Martine. A dla mnie osiem tysięcy z lokaty.

– Jest pan zaskoczony?

– Trochę. Testament był nowy. Zmieniony.

– Kiedy?

– Dwa tygodnie temu.

– Co mogło do tego skłonić twojego dziadka?

Ted milczał długo. Wpatrywał się w unoszącą się z czajnika parę wodną, jakby chciał odsunąć nieuniknione.

– Co się pan tak mnie uczepił… Tak, byłem. Dwa tygodnie temu. Moi znajomi otwierają sklep z deskorolkami. Chciałem się dołożyć, ale to, co odłożyłem, to niewiele. Chciałem pożyczyć, ale dziadek odmówił, bo swoje oszczędności dał tej opiekunce, resztę ma na lokatach, a półtora tysiąca mnie nie satysfakcjonowało.

– Próbowałeś się uniezależnić z powodu problemów rodzinnej firmy?

– Pan chyba żartuje. Problemy finansowe to jedno, tak grozi jej bankructwo, ale to niewiele zmienia w naszej sytuacji. Niech pan się nie martwi. Po prostu. Chciałem zainwestować i coś zarobić dla siebie, niezależnie.

– Coś musiało go skłonić do innej decyzji – zauważył.

– Niech pan się już nade mną nie znęca! – chłopak podniósł głos. Poczuł się zaszczuty, przyparty do ściany, chociaż Dan wcale do tego nie dążył. – Nic mu nie zrobiłem Nie jestem potworem. Nie wiem, co pan o mnie myśli, ale te problemy kiedyś, to byłem inny ja. Chcę mieć normalne życie i by tamto się za mną nie ciągnęło. Dziadek mógł zmienić testament, bo przypomniałem mu, że tego nie uregulował. Może miał jakiś inny pomysł na podział swoich pieniędzy między nas. Przecież nikt normalny w rodzinie nie wypytuje o takie sprawy przy kawie.

Zostawił go podirytowanego w kuchni, sam wrócił do salonu. Największy pokój na parterze wyglądał na centrum życia zmarłego. Noel Marsh musiał tu oglądać telewizję w fotelu, w którym go znaleziono, czytać w nim gazetę, którą odkładał na stolik po prawej stronie. Na biurku pod oknem stała dawno nieużywana maszyna do pisania, pod nią laptop. Przy brzegu leżał cały stos papierów, wśród nich aktualne gazetki reklamowe z drogerii w pobliskiej galerii handlowej, oferty księgarni i kilka innych. Noel planował zakupy świąteczne i jak widział, starannie się do nich przygotowywał.

Cieszył się, widząc, że będzie mógł swobodnie myszkować w tym, czym otaczał się zmarły przed swoją śmiercią, że rodzina nie zdążyła się do tego dorwać. Założył nitrynowe rękawiczki i zaczął przeglądać pojedyncze papiery. Przy przeglądaniu ich, układał sobie w głowie wszystko co wiedział.

Ted, jak każdy w rodzinie miał motyw, ale jego wyjaśnienia, chociaż wyciśnięte z niego, dawały pozory wiarygodności. Na razie i tak nie miał powodów, aby interesować się nim bardziej niż każdym. Najbardziej podejrzaną osobą nadal pozostawała opiekunka, która po prostu mogła się pomylić. Tego jednak nie wiedział.

Wśród kartek, na których zapisywał listy zakupów, odnalazł wyrwaną z zeszytu kartkę w kratkę, a na niej zdania zapisane jedno pod drugim. Były to wyznania, a ich lakoniczność wskazywała, że Noel przygotowywał je do bileciku, jaki dodaje się do kwiatów.

Z głębi serca dziękuję Ci za wszystkie dni, które wspólnie przeżyliśmy. Pamiętaj, że jesteś moim aniołem, Irene”

Odczytał, czując się nieswojo. Chociaż przywykł do grzebania ludziom w życiorysach, ostatecznie uznawał śmierć za jedną z najbardziej intymnych aspektów, do którego powinien podchodzić z szacunkiem. Jednak w zderzeniu ze sferą uczuć, natrafiał na ścianę, głownie dlatego, że nie chciałby, aby kiedykolwiek ujawniono jego wyznania uczuć, chociażby do Gemmy, o licealnych związkach i etapu pisania wierszy nie wspominając. Jednak miał kolejny punkt zaczepienia.

– Ted, kim jest Irene? – ponownie wpadł do kuchni, gdzie chłopak siedział na telefonie.

Wnioskując po jego minie, nie przepadali za nią, kimkolwiek była.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s