Jupiter. Część druga

Pablo ledwo przepchnął się przez tłum do kas biletowych, potrącając gości, którym nie wystarczały zapewnienia, że jest częścią trupy cyrkowej. Nieśmiało, wręcz z lekkim przestrachem skinął w kierunku Mongoła o zwalistej posturze i kwaśnej minie. Góra mięsa przesunęła się powoli i ociężale, jakby była to ostatnia rzecz na jaką miał ochotę.

Przecisnął się przez bramki i prawie biegnąc, ruszył w stronę klatek. Grupka artystów zaaferowana zachowaniem Samanthy, z niepokojem patrzyła na kraty. Każdy zdawał się odgadywać w myślach, ile stal może wytrzymać. Tygrysica rzucała się i szczerzyła zęby, co jakiś czas zadawała cios ogromną łapą w metalowe pręty, przyprawiając gapiów o palpitację serca.

– No dalej, przesuńcie się! – rozkazał, przepychając się łokciami między parą akrobatów.

Dave, zastępca Martima, podawał rozsierdzonemu kotu kawałek mięsa na bardzo długim haku, licząc, że zachowanie zwierzęcia jest tylko i wyłącznie z powodu głodu.

– Co ty robisz, kretynie?! – wrzasnął Pablo i wyrwał wicedyrektorowi pręt z ręki, rzucając nim o ziemię. – To jest kot, nie ryba!

Bez najmniejszego wahania, otworzył klatkę na całą szerokość i wszedł do niej. Ann, akrobatka, rozpłakała się na ramieniu partnera, który minę miał, jakby połykał coś bardzo gorzkiego. Pablo uklęknął przy wielkim kocie. Samantha położyła ogromny łeb na kolanach mężczyzny i wydała z siebie pełen skargi jęk.

– No już, już… – Uspokajał ją i pocałował w wielki, rudy łeb. – Jeżeli nie chcesz, to nie musisz dziś występować…

– Pablo… nie mamy więcej tygrysów… Cokolwiek sobie tam roisz w głowie, to ona powinna wystąpić – upomniał go delikatnie Dave.

Treser podniósł głowę i zaczął się rozglądać, jakby wątpiąc, czy na pewno do niego kierowane są słowa. W końcu zatrzymał swoje mordercze spojrzenie na zastępcy konferansjera i wycedził:

– Jeżeli powiedziałem, że Samantha nie wystąpi, to tak będzie. W innym wypadku może dojść do tragedii.

Jego słowa brzmiały bardzo poważnie, zapadły głuchym echem w głowach zebranych.

– Już do kilku tragedii doszło i nie sądzę, by po ostatnich wydarzeniach miałoby być ich mniej. – Zauważyła Ann, wycierając łzy wierchem dłoni.

Zawsze lubiła się sprzeciwiać Pablowi. Z jakiegoś powodu nienawidziła jego kotów, bała się i niekiedy budziła zalana zimnym potem w nocy. Niekażdy z trupy cyrkowej widział… popisowy numer Jupitera od początku do końca, a tym bardziej nie wszyscy byli wtedy na arenie.

– Gdybym był od zamykania klatek, to pewnie wynosiłbym też słonie łajno, a tego nie robię. – Pablo wściekle zmrużył oczy.

Nikt już nie zabrał głosu w tym temacie. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, jak sprawy się miały i kto odpowiadał za takie rzeczy.

Mężczyzna pomiętosił przez chwilę ucho tygrysicy i po raz kolejny pocałował głowę Samanthy. Ruchem dłoni wskazał, by podano mu wiadro z mięsem. Podniósł do góry kawałek i zachęcił kocicę, do jedzenia. Z jej pyska wysunął się różowy języczek, którym polizała mięso, ale zaraz znowu położyła głowę na kolanach opiekuna.

– Sam, nie martw się. Wszystko się ułoży, ale najpierw musisz zjeść – szeptał jej do ucha tak, aby to zostało między nim, a zwierzęciem.

Podsunął jej pod pysk kawałek wieprzowiny. Jednym kłem chwyciła stek, jakby kazano jej zjeść coś bardzo obrzydliwego. Pomlaskała chwilę. Skuliła uszy i błagalnie spojrzała na Pabla. Zawsze dostawała to, czego chciała, robiąc wielkie oczy, ale tym razem nie mógł jej odpuścić. Potrząsnął mięsem i zachęcał:

– No dalej.

Publika złożona z cyrkowców, zawsze lubiła się przyglądać, jak Pablo karmi swoje koty. Ta chwila należała do takich, wbrew pozorom, domowych. Biło od niej serdeczne ciepło i wzajemna troska między dzikimi kotami, a ich treserem. W momencie, gdy Pablo siadał wśród swoich podopiecznych, karmił je, głaskał i bawił się z nimi, można dojść do mylnych wniosków, że te bestie nie są taakie straszne na jakie wyglądają.

Nawet Dave zatrzymywał się i przyglądał treserowi, choć Pablo uważał, że robił to bardziej ze względu na zasady BHP, w każdej chwili gotów, by wybiec na powierzchnię i zatelefonować…

Tylko do kogo? Jeżeli Powierzchnia nie wiedziała nic o Podziemiu, to cyrk wydawał się być nielegalny, tak samo cała Podziemna społeczność.

Pablo ani myślał rozpocząć przedstawienie, dopóki Samantha nie zje na tyle, by nie doznała później uszczerbku na zdrowiu. Jeżeli sobie już coś postanowi, to choćby się waliło i paliło, to doprowadzi sprawę do końca.

Od zniknięcia Jupitera, Samantha zdawała się mieć tygrysią depresję, nie chciała jeść, wychodzić z klatki i na wszystkich warczała, a najchętniej, rozerwałaby na strzępki każdego, kto nawinąłby się pod łapę – z wyjątkiem ukochanego „tatusia”.

Gdy zjadła dwa płaty, mężczyzna się podniósł, postawił przed tygrysicą blaszane wiadro z resztą pożywienia i wychodząc starannie zamknął za sobą klatkę. Rzucił klucz parobkowi Brianowi.

– Tak się to robi – dogryzał mu, a parobek Brian zrobił się na twarzy purpurowy.

Pablo wytarł brudne od krwi ręce, w już poplamioną koszulkę i chwycił pręt, którym Dave, kilka minut wcześniej próbował nakarmić Samanthę. Zaczął nim stukać w pobliską klatkę, a czarna pantera skoczyła na stalowe pręty, wydając z siebie dziki ryk, pomieszany z wysokim miauczeniem. Pozostali szybko się zmyli, rozumiejąc przez to, że treser woli pozostać możliwie sam ze swoimi podopiecznymi i tylko spięty Dave stał gotowy do udzielenia pierwszej pomocy. Pablo uśmiechnął się półgębkiem, sięgając po łańcuch.

– Martim powiedział, że jeśli nie pojawi się na czas, to masz go zastąpić – powiedział do Dave’a odwrócony do niego tyłem i otworzył klatkę Ozyrysa.

Od ucieczki Jupitera wolał sam pilnować swoich kotów, tylko klucze oddawał w ręce Briana, by ich nie zgubić. Chłopak zarzekał się i przysięgał na wszystkie świętości, że zamykał wszystkie klatki. Mimo to, tygrysa nie było, a odpowiedzialność spadła na parobka. Pablo też połowicznie wierzył chłopaczkowi, ale i tak on czuł się najbardziej winny wszystkiemu. Zachowywał się jak ojciec, który czuje zażenowanie z powodu swoich dzieci.

Czarny kot rzucił się na swojego opiekuna i napierając jedną łapą na pierś tresera. Głośno dyszał, a jego potężny czarny jak onyks pysk znajdował się ledwie kilka centymetrów od twarzy tresera. Mężczyzna zaśmiał się w głos. Ozyrys mruknął z zadowoleniem i wypuścił Pabla, pozwalając, by ten zapiął go na łańcuch.

– Dzisiaj tylko ty i Ares wystąpicie – powiedział do zwierzęcia. – Samantha źle się czuje. Bardzo przeżywa zaginięcie Jupitera.

Zwierzę zpozierało na niego płonącymi, złotymi ślepiami i wsłuchując się w każde słowo tresera, jakby dokładnie rozumiał mowę ludzką. Kot eleganckim krokiem, ruszył wraz z Pablem do klatki Aresa, prezentując przy tym idealne proporcje ciała, smukłą, ale masywną głowę, esowate wygięcie kręgosłupa i błyszcząc klasą po sam czubek ogona, którym wesoło kręcił na boki.

Dave wciąż stał, obawiając się najgorszego i pewnie czekałby aż do zamknięcia bestii w klatkach, gdyby nie upominający głos Ann zza kotary:

– Dave! Pięć minut.

Konferansjer tego spektaklu pokiwał głową na znak, że rozumie. Dopytał się kilka razy Pabla, czy na pewno sobie poradzi i z niegasnącymi obawami odszedł, by przyszykować się do występu.

Treser został sam ze swoimi nietypowymi pupilami. Każdego traktował jak równego sobie i całkowicie świadomego człowieka. Czasem, gdy opowiadał o swojej pracy z kotami, wysnuwał takie teorie, jak umiejętność wielkich kotów do czytania w myślach.

Z ogromnym zachwytem patrzył na swoje zwierzęta, na ich pełne gracji i sprężyste ruchy, lśniącą sierść, imponującą muskulaturę, uzębienie i ukryte w miękkich, ale ciężkich łapach ostre i zabójcze szpony. Dodawało mu to w pewnym sensie pewności siebie. Traktując lwy i tygrysy jak swoich przyjaciół, zdawał się czuć lepszy od innych, jakby swoją postawą chciał powiedzieć: „Ujarzmiłem dzikie bestie, a kim ty jesteś?”.

W prawej ręce trzymał owinięty wokół nadgarstka łańcuch Ozyrysa, a w lewej Aresa – ogromnego lwa, o złocistej grzywie, przywodzącej na myśl całe to afrykańskie złoto, dla którego ludzie wzajemnie się zabijali. Poszedł z nimi na wybieg treningowy, otoczony kloszem z siatki. Wypuścił zwierzęta, by mogły rozprostować kości, a sam udał się do garderoby, by szybko się przebrać. Nie mógł przecież wyjść na arenę w poplamionej krwią koszulce Pink Floyd. Włożył na siebie garnitur typu zoot, w czarno-białe pasy – modny jakieś czterdzieści lat wstecz, ale strój sceniczny, to strój sceniczny.

Wracając do swoich podopieczny natknął się na Ann, przebraną w srebrzyste body, wystrojone białymi piórkami. Stała przodem do dzikich kotów i obserwowała je. Trudno było jej uwierzyć, że mordercze bestie potrafią bawić się jak zwierzątka domowe. Odwróciła się gwałtownie, słysząc kroki Pabla.

– Brakuje ci czasem Deedee? – zapytała, wracając do obserwacji gry w berka w wykonaniu wielkich bestii.

– Zawsze mi jej brakuje. Przy każdej minucie mojego życia, przy każdym oddechu… – Stanął obok niej i głośno westchnął.

Parsknęła, wywracając oczami.

– Mimo to, nie chciałeś uśpić Jupitera. – W jej głosie kryła się oskarżycielska nuta.

Pablo lekko zmieszany, przeczesał ręką jasne włosy i uważnie przyjrzał się tym, które zostały między jego palcami. Ann również się odwróciła, co mężczyzna skwitował smutnym uśmiechem.

– Przez niego, powoli łysieję. – Próbował zażartować. – To nie jego wina, zareagował tak, jak tygrys powinien zareagować. Mogłem coś zrobić. I wtedy, i przy akcji z parobkiem Steve’m, i z tą dziewczyną z widowni, Caroline.

– Urodził się mordercą…

– Urodził się drapieżnikiem – poprawił ją. – Polującym na zwierzęta parzystokopytne i schorowane. Nie świadczy to o tym, że jest zły, taką ma naturę…

– Którą próbujesz zmienić – skwitowała Ann, patrząc mu bezczelnie w oczy.

Pablo, po raz kolejny zakłopotany, spuścił wzrok. Nie zależało jej na zwycięstwie w dyskusji, zależało jej, by dotrzeć do zdrowego rozsądku tresera i spuścić nieco powietrza z wybujałej ambicji i nierealnych marzeń.

– Wiesz, że po występie czeka nas wszystkich rozmowa o Jupiterze?

Pokiwał tylko głową, uparcie wbijając wzrok w ziemię.

– Igrasz ze śmiercią – dodała.

Na te słowa podniósł głowę i zaczął świdrować ją ciemnymi oczami, w których nieoczekiwanie pojawiła się iskierka irytacji.

– Ty też. Może omsknąć ci się noga i spaść z dużej wysokości. Hieronim może spłonąć podczas swojego występu, Fred może zostać zmiażdżony przez słonia… Wszyscy ryzykujemy tutaj życiem, dlatego to jest cyrk – wyrzucił z siebie, rozkładając ręce na boki i podnosząc głowę do góry, by spojrzeć na zadaszenie z płótna.

– My ryzykujemy własnym życiem – odparła, nim zniknęła za kotarą garderoby.

Trudno o lepszą nazwę dla tak osobliwego bytu jak cyrk „Bachanalia”, na którego czele stał wiecznie pijany Irlandzki leprechun, a za jego plecami roztaczał się panteon dawno dorosłych dzieci. Cyrk wabi swoją dziwną aurą, przepojoną rozkoszą, pachnącą alkoholem, a zasnuta nad nim aura tajemniczości, perspektywy włóczęgostwa, zatem i wolności, przesłaniało realia życia jako członek trupy. To panteon dorosłych marzycieli, których uziemiły i skuły ich własne pragnienia.

Słysząc z areny donośną, ale pełną harmonii muzykę, oczami wyobraźni widział Ann wraz z Robertem, którzy pięli się ku górze na satynowych wstęgach, przybierając pozycje, równie niebezpieczne, co trudne do wykonania, a symfonia ich ciał przekładała się ponad słyszalną muzykę.

Znowu ogarnęło go poczucie winy. Nie odstępowało go ani na krok, ale czasem jego uderzenia objawiały się także fizycznie, przykrymi ukłucami serca. Zatrzymał się na moment, chwytając się za pierś, starając się schwytać oddech i przegonić pojawiające się mroczki przed oczami.

Zszedł kotom z widoku, jeżeli chciał, by traktowały go także na równi ze sobą, nie mógł okazać słabości. Sięgnął po butelkę wody i zaczął pić ją łapczywie, a kilka kropel spłynęło po jego szyi. Usiadł na drewnianej skrzyni i odparł się łokciami o kolana. Zacisnął dwa palce na kanalikach łzowych i znad nich spojrzał na swoich podopiecznych.

Wziął się w garść najlepiej jak potrafił i wszedł do klatki, by wziąć koty na łańcuch. Zwierzęta nie mogły poczuć, że trener jest w słabszej kondycji, musiał emanować siłą i charyzmą, inaczej podzieliłby los ofiar Jupitera. Starał się nie myśleć o tym wszystkim: o traceniu włosów, nagłych zasłabnięciach i ukłuciach serca. Wciąż starał się z dziecinną ufnością ignorować istnienie śmierci, jakby wcale go nie dotyczyła.

Stanął przy kotarze, obserwując jak Ann i Robert kłaniają się, wznoszą ręce ku górze, sowicie nagrodzeni oklaskami. W tle pomocnicy zbierali rekwizyty i powoli rozkładali stołki i podesty. Pablo zdjął ze stojaka wielką obręcz i cierpliwie odczekał, aż akrobaci zejdą z areny. Skinął na nich głową, gdy się mijali i wciąż kurczowo ściskał łańcuchy pupili. Denerwował się.

– Przed państwem Pablo Riegierie, nieustraszony pogromca dzikich bestii! – zaanonsował Dave, a na arenie nastąpiła ciemność.

Szemranie tłumu powoli cichło, gdy nagle rozległ się przerażający ryk. Kilka kobiet krzyknęło na trybunach. Niebieski reflektor oświetlił postać Pabla, stojącego na platformie, w jednej ręce trzymając bicz, a w drugiej obręcz. Otworzył swój występ głośnym trzaśnięciem. Pojawiły się kolejne strumienie światła: różowy i fioletowy, padające na postury drapieżnych zwierząt i wplatając wielobarwne refleksy w ich krótką, ale lśniącą sierść.

Zeskoczył z podwyższenia i po raz kolejny trzasnął biczem. Ozyrys i Ares wskoczyli na miejsce tresera, łapa w łapę. Pablo, przechodząc obok nich, wydał komendę, a te kolejno zaczęły przeskakiwać obręcz. Trzask. Ares pobiegł w lewo, a Ozyrys w prawo, zataczając koło. Ares dobiegł pierwszy, bo pierwszy skoczył. Zdawało się, że ma zamiar rzucić się na opiekuna, gdy ten przykucnął tyłem do zwierzęcia i uniósł wysoko ponad głowę srebrzystą obręcz, połyskującą w różnokolorowym świetle o chłodnej tonacji. Pablo skwitował szerokim uśmiechem, majestatyczny lot lwa. Odczekał kilka sekund, aby i czarna pantera wykonała tę sztuczkę, tyle że z drugiej strony.

Pablo podniósł się z klęczek i stanął między zwierzętami. Arena rozbłysła jasnym światłem, dokładnie ukazując każdy jej centymetr. Treser podniósł mikrofon, leżący przy platformie.

– Dobry wieczór państwu!

Odpowiedziała mu salwa gorących oklasków.

– Drodzy państwo pozwolą, że zapoznam was z Ozyrysem. – Trzasnął biczem nad głową pantery, która wydała z siebie głośny dźwięk, wysoki, ale chropowaty. – I Aresem. – Bicz uderzył w powietrze nad głową dostojnego lwa, który ryknął donośnie i nisko, jakby w kontraście do towarzysza.

Pablo odłożył mikrofon na miejsce. Przełożył obręcz przez ramię i gwałtownym ruchem dłoni, nakazał zwierzętom ruszyć dookoła areny. Gdy znalazły się w równej połowie drogi od siebie, treser po raz kolejny trzasnął biczem, a dzikie koty biegiem ruszyły w stronę opiekuna, który podrzucił obręcz wysoko do góry i odsunął się kilka kroków do tyłu. Najpierw skoczył Ozyrys, bo nogi miał skoczniejsze i biegał szybciej, a gdy obręcz znalazła się niżej, skok wykonał Ares, bardziej ociężale, ale wciąż dostojnie. Obręcz uderzyła o ziemię, a Pablo nie spiesząc się (by nie rozproszyć tym samym kotów) podszedł do obręczy, jeszcze nim ta zdążyła upaść na ziemię.

Salwa oklasków i okrzyki radości. Serce w piersi Pabla rosło. Odłożył bicz na platformę i podniósł podpórkę pod obręcz i umieścił na niej koło. Najpierw podszedł do Aresa, czule mierzwiąc mu grzywę, co wywołało kolejny wybuch owacji. Wskazał mu koło i pokazał ręką co ma zrobić. Lew ciężko wstał z miejsca i rozpędzając się nieznacznie, wykonał kolejny skok. Pablo okrężnym ruchem nakazał mu iść dookoła areny. Kolejna obręcz należała się Ozyrysowi i ten również zaczął krążyć dookoła płotu.

Pablo przywołał do siebie koty i ustawił je równo obok siebie. Wszedł na platformę i dotykiem dłoni informował zwierzęta, co zamierza zrobić. Stanął na grzbietach swoich pupili i okrzykiem nakazał im iść na przód.

Czasem miał wrażenie, że pokazy na arenie pokazują zwierzęta nie zżyte z właścicielem, ale złamane. Pocieszał siebie (i koty) w myślach, że wszyscy stają się błaznami na scenie cyrkowej. Byli tylko nic nie znaczącą atrakcją i nie raz przyszło im walczyć o prawo do nazywania siebie artystami. Ile razy spotykali się z drwiną, że komercja i sztuka nie idą ze sobą w parze. Zaprzeczył temu, chociażby Warhol, kreując Pop Art. Ale to nie był Pop Art, to była czysta komercja i błazenada. Oszustwo, jak smutny klown z namalowanym uśmiechem na twarzy.

Nie chciał tak żyć, nie miał wtedy wyjścia, był sam i ledwo wyczołgał się z rynsztoka i to jako mały chłopiec.

Ciąg dalszy 31.10.2018r.
Lis W. A. Mikulska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s