Colorless green ideas sleep furiously. Część druga

Ted miał jeszcze bardziej rozczarowaną minę, gdy dowiedział się, że dla bezpieczeństwa postanowił postarać się o zaplombowanie drzwi i okien drzwi, aby mieć pewność, że będzie mógł wrócić do nadal nieruszonego dogłębnie centrum życia starszego pana. Przyjął to jednak z godnością, jakby zdążył zrozumieć, że jego zdenerwowanie, szczególnie widoczne, nie poprawia jego sytuacji i sytuacji całej rodziny.

Pani Irene Locard okazała się ostatnią partnerką dziadka, z którą spotykał się rok temu. Ted, chociaż niechętnie powiedział, gdzie mógł ją znaleźć. Kobieta prowadziła sklep z rękodziełem kilka przecznic dalej, dlatego Dan postanowił ją odwiedzić po drodze.

Okazała się kobietą we wzorzystej sukience, z popielatymi włosami spiętymi na czubku głowy, z plątaniną wisiorków wokół chudej szyi. Stała za blatem z surowego sosnowego drewna zastawionego po krawędzie figurkami z gipsu i masy solnej portretujące dziecięce przedstawienie aniołków w różnych pozycjach i różnymi atrybutami: trąbkami, książkami, serduszkami, skrzypcami.

– Nie może się pan zdecydować? Może pomóc? – zapytała, zanim zdążył się przedstawić i powiedzieć, że jest koneserem rękodzieła.

– Dużo ich.

– Ludzie powinni mieć wybór. Taka figurka to dobry prezent.

– Z jakiej okazji?

– Na każdą. Bez względu na to, w co kto wierzy, taka figurka może być talizmanem na szczęście bądź tylko znakiem tego, że obdarowujący ciepło o niej myśli. Miło jest dać komuś taki drobiazg jako dodatek do prezentu ślubnego, z okazji urodzin, rocznice. Bez okazji zresztą też.

„Jak chiński kot szczęścia”, pomyślał, ale powstrzymał się przed wypowiedzeniem tego na głos.

– Powinien pan kupić coś takiego swojej narzeczonej lub żonie… – sprzedawczyni nie dawała za wygraną w przekonywaniu go do kupna. Zmieszanie ukrył za niezgrabnym uśmiechem. Kocia figurka kupiona Gemmie w China Town z przetrąconym przy przeprowadzce uchem powinna jej na razie wystarczyć.

– Pomyślimy o tym później. Może powinienem się przedstawić. DI Daniel Winkler, staram się wyjaśnić okoliczności śmierci Noela Marsha. Była mu pani bliska, przynajmniej jeszcze w niedawnej przeszłości, a ja mam podejrzenia, że nie były to codzienne okoliczności. – Irene wyglądała na zdziwioną, z lekko uchylonymi ustami, szeroko otwartymi oczami. Nie wiedziała, był pewien. – Przykro mi, że przynoszę takie wiadomości.

– Przepraszam… Jestem zaskoczona. Nawet nie raczyli mnie poinformować, że coś się stało.

Ominęła dzielący ich blat i przeszła do drzwi wejściowych sklepu. Przekręciła zawieszoną karteczkę na „zamknięte” i przekręciła zamek od wewnątrz.

– Ma pani na myśli jego rodzinę?

– Tak. Nieraz byłam rozczarowana ich zachowaniem, nie powinno mnie to dziwić… Nie jestem jednak pewna, czy jestem w stanie panu pomóc, inspektorze. Nie widziałam się z Noelem od kilku miesięcy. Kilka razy rozmawialiśmy przez telefon. Chciał odbudować ze mną kontakt, przy okazji opowiadał, co u niego słychać. Ostatnio z pięć dni temu.

– I o czym wspominał w takich rozmowach?

– Ograniczał się do wnuków, gdyż jego córka była dla mnie szczególnie drażliwym tematem. Martine kończyła kolejny rok studiów, został jej chyba ostatni. A Ted przyszedł do niego po pieniądze. Nie dostał ich, ale Noel cieszył się, że zaczyna mieć łeb na karku i myśli o przyszłości. Jego plan był dość stabilny. Wspominał, że jak skończy mu się lokata to prawdopodobnie da je Tedowi. – Irene przerwała na moment. – Przepraszam. To dla mnie trudne. Chciałabym pomóc, ale nasz związek rozpadł się dawno. Nie chcę wprowadzać w błąd.

– Mogę zapytać, dlaczego się rozstaliście?

– Jego rodzina bardzo dziwnie zareagowała na moje pojawienie się w ich życiu. Nie oczekiwałam, nawet nie życzyłabym sobie, aby mówili do mnie mamo, bo to byłoby niesmaczne, ale powinni zaakceptować wybory swojego ojca czy dziadka. A oni od razu założyli, że z pewnością oczekuję od niego ślubu, spadku i pieniędzy. Na nic były tłumaczenia, chociaż była to moja dobra wola, bo zależało mi na ugaszeniu tego konfliktu, tłumaczyłam im, że mój zmarły mąż miał dobrą emeryturę, że dostałam pieniądze z polisy i nie muszę narzekać na cokolwiek. A już szczególnie bawić się w oszustkę matrymonialną. Lubiłam Noela, był szarmancki i zabawny. Zapraszał mnie do kawiarni i teatru. W naszym wieku potrzeba takiej drugiej połówki, bo samemu się wariuje. Szkoda, że tego nie uszanowali. Tyle miesięcy zszarganych nerwów, musiałam sobie odpuścić.

– Dlatego nie byliście już razem?

– Te ciągłe pretensje były męczące. W pewnym momencie miałam już dość. Wolę już siedzieć sama w domu, chociaż mi to doskwiera. Z nim było inaczej. Nawet cieszyłam się, że do mnie dzwonił. A teraz… To nieważne.

– Czyli jego córka z rodziną są strasznie wrażliwi na temat pieniędzy.

– Tak, Noel mi kiedyś wyjaśnił, że to chyba dlatego, że rozpieścił Rachel i dlatego tak się zachowuje. Że chce, by wyszło na jej. Jej mąż był podobny. A dzieci… No, można się spodziewać. Ted miał sprawę w sądzie za kradzieże i handel narkotykami w szkole. Przecież nic mu w domu nie brakowało. Jeszcze rozumiem, kiedy ktoś ma trudną sytuację, ale tak? To po prostu nieodpowiedzialne.

– Rozumiem Rachel, Arthur i jego pieniądze, Ted i jego problemy z prawem, a co z Martine? – Pamiętał, że w swoim notatniku miał opisanego każdego z członków rodziny prócz jedynej wnuczki potencjalnej ofiary.

– Martine jest… Nie umiem powiedzieć nic sensownego o tej dziewczynie. Studiuje ogrodnictwo, za moich czasów miała chłopaka lekarza, to było coś poważnego. A poza tym nigdy nie wiedziałam, co dzieje się w jej głowie.

– Ten skryty typ nastolatki, której nikt nie rozumie?

– Właśnie nie. Po prostu była… dziwna. Pewnie to źle, że tak mówię, może pochopnie ją oceniłam, ale przez tyle czasu nie zamieniłam z nią słowa prócz grzeczności. To było dziwne, inspektorze… Jakby nie tyle, co nie chciała kontaktu, ale jakby nie mógł być w ogóle możliwy.

Oczy pani Irene przeszyły go na wskroś i miał wrażenie, że naprawdę rozumie, o co chodzi kobiecie. Jakby Martine orbitowała tutaj poza wszystkimi regułami, bez wpływu na nic, chociaż powinna, jako osoba, która jako jedyna pozostawała w kontakcie z dziadkiem. W skromność nigdy nie wierzył.

*

Kiedy rozpatruje się wyjaśnienie sprawy w formie puzzli wszystko okazuje się dziecinnie proste. Wyprofilowane ząbki zapraszają do układania i obiecują, że zaalarmują, kiedy popełnisz błąd, gdyż element nawet nie wejdzie w wybrane dla niego miejsce. W rzeczywistości wcale tak nie wygląda. Wieloznaczność, pomyłki, puste przestrzenie. Nieskończony zbiór wytłumaczeń generowanych w głowie przez życiowe doświadczenie, logikę i intuicję. Dedukcja z dowodów tworzy nieprawdopodobne ciągi zdarzeń, nieznaczących nic w realnym świecie. Ale pasują do siebie, jak wyrazy w poprawnie gramatycznym zdaniu, wynikają wzajemnie, mają swoje przypisane miejsce, z których nie powinno się ich ruszać. Colorless green ideas sleep furiously. To też nic nie znaczy, aczkolwiek nie można odmówić mu poprawności. A niektóre sprawy miały wiele wspólnego z tym bezsensownym zdaniem. Ktoś umarł, puzzle wskazują na zabójstwo, a dowody – na sprawstwo co najmniej kilku osób. I w zależności, co się przyłoży, nadal wszystko do siebie pasuje.

Na kartce wypisał wszystkich, z którymi zdążył się zetknąć w ciągu ostatnich dni: córką, wnukiem, wnuczką, zięciem, opiekunką, ostatnią partnerką. Palce podczas rozmyślania zajmował owijkami po owocowych landrynkach landrynkach, aby wytrwać i trzymać się z dala od papierosów, chociaż każda komórka jego ciała wysyłała mu ten sygnał do mózgu.

Podstawową podejrzaną nadal zdawała się być opiekunka zmarłego. Mogła tego dokonać nieumyślnie, przypadkiem podać zbyt dużą dawkę leków, co wywołało zatrucie. Aby to potwierdzić lub obalić, musiał czekać na wyniki badań.

Córka z mężem, Rachel i Arthur, mieli jeden podstawowy motyw dotyczący finansów. Czyli najprostszej i najbardziej drażliwej rzeczy, którą mógł sobie wyobrazić. Potrzebowali pieniędzy, by albo uratować firmę albo ograniczyć nieprzyjemne dla siebie skutki plajty. Mogli prosić Martine o wsparcie finansowe spadkiem, mogli mieć również polisy na wypadek śmierci w rodzinie.

Wnuk. Ted robił jakieś plany, ale czy chciał zabić? Zmieniono testament na jego korzyść, ale to wszystko nie pasowało to do jego zachowania. Nie mówiłby o tym wprost i jakby samemu zaskoczonym szczodrości zmarłego. Irene przytaczała rozmowę o nim, która mogła to potwierdzić. Całe zamieszanie z pieniędzmi raczej wynikało to z jego cwaniactwa, nie morderczych zamiarów, do których pchnęłaby jego desperacja. Partycypowanie w uruchomieniu sklepu to nic pilnego, mógł czekać.

    Irene mogła to zrobić z żalu, w awanturze, może z zazdrości. Zakładając, że mieliby o co się pokłócić. Był jednak zdania, że ona i Noel mieli się coraz bardziej ku sobie. Ponadto sam mógł obserwować sposób, w jaki zachowywała się, kiedy przekazał jej wiadomość o zabójstwie. Do tego szczera chęć pomocy, w wyjaśnieniu mu wszystkich rodzinnych niejasności.

Jedynie Martine była taka nijaka. Mdło się robiło na jej widok. Odwiedzała dziadka najczęściej, sama nie zabiegała o pieniądze ponad to, co miało jej przypadać po śmierci. W ogóle niewiele mówiła i jej obecność nic nie wnosiła. A jako dwudziestolatka powinna mieć w sobie jakiś ogień. Szukał go. Tylko to mu zostało. Tak podpowiadała mu intuicja. Musiał ją poznać, by chociażby ją wykluczyć.

Obraz wszystkiego był niepełny. Musiał coś przegapić. Czuł to. Czuł, że odpowiedź miał na wyciągnięcie ręki, ale ją pominął. I nie umiał odnaleźć jej w protokołach i na zdjęciach z domu. Nawet wizyta w nim nie przyniosła przełomu. Powiązań i motywów było za mało, chociaż przed sobą miał też całą górę papierków po cukierkach, które nieopatrznie wchłonął.

A potem usłyszał znaczące chrząknięcie. Uniósł wzrok znad rozrzuconych kartek i notatek. Pokój dzielił z koleżanką z wydziału, sierżant Ettie Jones, dla której od dwóch miesięcy szukali wolnego miejsca pracy i sprawnego komputera z drukarką. Czasami zdarzało się im pracować, a jej towarzystwo lubił na tyle, że zdecydował się napomknąć szefowi, żeby jednak nie wyprowadzał jej z sąsiedztwa.

– Dan, słyszysz mnie?

– Chcesz cukierka? – zapytał, spoglądając w środek paczki.

– Nie. Siedzisz już tak ponad godzinę. Zrób chwilę przerwy, bo mózg przestanie ci działać – poradziła mu, odginając się w tył na swoim krześle. Wyciągnęła rękę po kubek i wskazała na przysunięty w jego stronę drugi. Nawet nie zauważył, że zrobiła mu herbatę. Niekulturalnie byłoby nie skorzystać.

– Co u Gemmy?

– Chyba dobrze. Chociaż jest też tym wszystkim dobrze przerażona, a ja raczej nie umiem jej pomóc.

– Nic dziwnego. Jesteście w tym wszystkim sami. Dlatego nie rozumiem, czemu jesteś tutaj a nie z nią? Praca ci nie ucieknie. Powinieneś zresztą się powoli zbierać do domu. Napiszę za ciebie, co trzeba dokończyć.

– Mam sprawę do rozwiązania. Nie tylko żywym należy się… uwaga. – zawahał się, gdy nagle całe pomieszczenie wypełniło się przeraźliwymi trzaskami starego faksu i wyprowadziło go z równowagi. Maszyna stojąca na łączniku ich biurek wypluwała harmonijką wydruk. – Ludzie oczekują, że im pomogę.

– Szlachetne. Pamiętaj tylko, by nie przesadzić…

– Taaak. – Kiedy urządzenie przestało drukować, Dan oderwał dokument, nie podnosząc się zza biurka. – Przyszły moje wyniki.

– I co napisali?

Dan zaczął czytać coś więcej niż nagłówek, ale był tak zaciekawiony, że ominął większość faksu w poszukiwaniu wniosków końcowych. Musiał przeczytać dwa razy, by nie uznać tego za przywidzenie.

– Zatrucie. Nikotyna i pochodne? Poddane dalszej analizie.

– Dziwne.

– Raczej… niespotykane. Znasz kogokolwiek, kto umarł w taki sposób?

– Szczęśliwie nie, inaczej pół budynku byłoby martwe… Rozjaśniło ci to coś w sprawie?

– Powiedzmy…

– Ale załatwisz to jutro. Dziś już nie chcę cię widzieć. Zbieraj swoje rzeczy i do domu.

*

Ettie mogła wysłać go do domu, Gemma nawet się z tego ucieszyła. Zjedli razem kolację, obejrzeli film nieznośnie przerwany reklamami. W tym czasie królowały koncerny farmaceutyczne. Gdyby Noel Marsh pomieszał suplementy tak, że stały się toksyczne, nie byłby zaskoczony. Coraz bardziej zawodzące ciało i wizja jego naprawy były kuszące. Po miłym wieczorze przed telewizorem, gdy Gemma już spała, zajął się rozmyślaniem nad wynikami badań. Był zaskoczony tym, co mu przyniosły. Gdyby było to zatrucie lekami, sprawczynię miał już w areszcie. A tutaj?

Miał jeden pomysł, głupi, jak określiła Ettie, a on przyznał jej rację po fakcie. Zaczął niewinnie. Wpadł do biura z kolejnymi przemyconymi w kieszeni płaszcza, głównie przed własnymi wyrzutami sumienia, słodyczami, które zamknął w najwyższej szufladzie. Poza tym, w drugiej kieszeni miał coś specjalnego.

– Co tam masz? – spytała Ettie, przyglądając się uważnie wypakowywaniu przez niego rzeczy na blat. Na dzień dobry przyniósł jej ciastko francuskie z dżemem morelowym, co było dość częste, a w czasie jego cukrowej terapii zastępczej, prawie codzienne. – A poza tym?

Kiedy na biurku pojawiła się plastikowa miękka buteleczka, początkowo nie pomyślała, czym mogła być wypełniona. Wyglądała jak opakowanie tuszu do drukarek, ale kiedy skupiła wzrok na naklejce, stało się to dla niej jasne.

– Jednak nie rzucasz palenia?

– Rzucam. To do sprawy Marsha. – Koleżanka spojrzała na niego skonsternowana. – Skoro zmarł z powodu przedawkowania nikotyny, ale w domu nie śmierdziało dymem, musiało chodzić o papierosy elektryczne. Dawka śmiertelna ma wynosić pół miligrama na kilogram ciała. Po drodze wpadłem do sklepu. Sprzedawca stwierdził, że to niemożliwe, by ktoś umarł od liquidu, nieważne w jaki sposób się go spożyje.

– Pytasz sprzedawcę o bezpieczeństwo takiego produktu? Co następne? Będziesz wypytywać dilera o działanie narkotyków i żarł je jak cukierki?

– Przezabawne, Ettie. Przeliczając, opakowanie tego zawiera dwa tysiące czterysta miligramów nikotyny i pewne jest, że nawet przy moim uzależnieniu ją przedawkuję, ale sprzedawca zapewniał, że nie powinienem zejść z tego świata, jestem skłonny zaryzykować. Poza tym laboratorium działa dopiero od jedenastej. A mi zależy na czasie.

– Mam ci zacząć tłumaczyć, jak bardzo to głupie?

– Nie będzie, jeśli zadziała. By aresztować kogokolwiek muszę mieć pewność. A jedną osobę mam na horyzoncie.

– Stąd chcesz wylądować w szpitalu przed Gemmą? Godne pogratulowania.

– Gdyby coś się działo, wiesz co powiedzieć lekarzowi.

– Jego wolą jest pozwolenie mu spokojnie umrzeć? – odparła ponuro.

– Żarty cię trzymają.

Odkręcił butelkę, zawartość wlał do kubka, wszystko wymieszał z wodą. Mimo nalegań Ettie, chociaż nie wskazujących na większe emocje, sięgnął po szklankę pełną przezroczystej substancji. Kiedy przysunął ją do siebie i przechylił, zaczęła powoli spływać w kierunku ust.

Sprzedawca odczytywał mu skład i wspólnie sprawdzali go w internecie. Glikol propylenowy, gliceryna, aromaty, woda, nikotyna. Nic szkodliwego. Przynajmniej w teorii.

Poczuł tłustą ciecz o nikotynowej goryczce, na której obecność aż rozszerzyły mu się powieki i jak potem wyczuł, był to najlepszy moment eksperymentu. Potem poczuł obrzydliwą słodycz, aż poczuł to w nerwach zębów. Mimo rozpuszczenia w wodzie, liquid nadal był gęsty i lepki. Spływał powoli do gardła jak najgorszy syrop. Piekący go w język posmak nikotyny przestał już terapeutycznie go relaksować. Już czuł mdłości, a miało być tylko gorzej.

– A kiedy zrobisz próbę ze związkami arsenu? Próba lustra to mało empiryczne poznanie – Ettie próbowała być zabawna, kiedy odkładał kubek. Nawet sarkastyczna – Smaczne?

– Piłaś kiedyś… olej rycynowy? – Chwilę szukał odpowiedniego porównania, udając przy tym, że wcale nie będzie wspominał traumatycznie całego tego eksperymentu.

– Nie. Czego się spodziewać? Już wzywać pogotowie?

– Nic mi nie powinno być. Ale za dziesięć minut pobierzesz mi krew. A potem zawieziesz mnie do Stelli, do laboratorium.

Ettie przyglądała mu się zza biurka trochę z ciekawością, trochę z pożałowaniem. Po kilku sekundach przestał zwracać na nią uwagę. Zrobiło mu się trochę duszno i ciężej na wysokości klatki piersiowej. Przed oczami przy każdym wdechu widział ciemne plamy, a wszystkiemu towarzyszył zimny pot, który pojawił się na jego skroniach.

Nie było to jednak straszne. Prędzej przypominało spotęgowany efekt wypalonego zbyt szybko papierosa. Problem w tym, że efekt nieprzyjemnie narastał. Nie tylko nie miał ochoty na cokolwiek, co przywiózł sobie do jedzenia, ale również patrzenie na panią sierżant z ciastkiem francuskim zadziałało, jakby ktoś wymusił akrobacje na jego żołądku.

– Działa też jak olej rycynowy… – rzucił do niej, kiedy cały blady wrócił do biura.

– Nie oczekiwałam szczegółów. Może pobiorę ci tę krew?

Dopiero kilka godzin później Ettie zgodnie z prośbą zabrała Dana do laboratorium, gdzie urzędowała dobrze im znana Vera, która nieraz przy sprawach dawała z siebie więcej niż suchy raport końcowy po porównywaniu próbek. Odwiedzili ją w biurze w piwnicy, gdzie przyjęła ich herbatą i herbatnikami. Chemiczka wybałuszyła oczy, kiedy Ettie wyjaśniła pokrótce, na jaki genialny plan wpadł detektyw Winkler i z czym dokładnie przyjechali.

– Cieszmy się, że wyjątkowo sprzedawca nie opowiedział ci niemających nic wspólnego z rzeczywistością bajek. Tak, liquidy nie są toksyczne. Co nie znaczy, że należy je pić.

– A glikol to nie składnik płynu do chłodnic? – spytała Ettie.

– Nie ten z e-papierosów. To coś innego. Szczęśliwie. Jedynym niebezpieczeństwem była nikotyna, która wcale tak prosto nie działa. Przedawkowałeś. Będzie boleć cię głowa i będziesz miał mdłości jeszcze jakiś czas, ale nie, nie umrzesz. Pan Marsh co prawda brał leki, przy których mogło się to lepiej wchłonąć, ale nadal to za mało. Szczerze sama nie wiem, co mogło być źródłem otrucia.

– Pan Marsh prawdopodobnie był palaczem. Widziałem i czułem to w meblach.

– To jego odporność również była większa. Może gdybyście wypili całą ciężarówkę tej substancji. Miał problemy z sercem, krążenie mu wysiadło, ale jakby nie z tego powodu. Nadal czekam na wyniki, bo mam kilka tropów. Czy pan Marsh miał jakiś ogród lub sad? Coś w tym stylu?

– Nic mi o tym nie wiadomo. A to ważne?

– Nie wiem. Może. Jak będę coś wiedzieć to się odezwę. Zbadam twoją krew, skoro już poświęciłeś się nauce.

Ettie wyprowadziła go z laboratorium. Dan czuł się już lepiej. Nie kręciło mu się w głowie, zaproponował nawet kawę zaraz po tym, jak wrócili na komendę.

– Myślałem, że to wnuk, ale on zdecydowałby się na coś oczywistego. Tak sądzę. A jeśli nikotyna, to tylko liquid. Problem w tym, że da się go wypić i jak widać, mieć się dobrze… Potencjalnie.

– Więc co?

– Więc musisz mi pomóc i pojedziesz w jedno miejsce. Mam pewien pomysł. Tylko dowiesz się dokładnego adresu. No i zrobisz tam przeszukanie.

– Czemu?

– Bo ja jadę w drugie.

Zanim po raz kolejny, mając też nadzieję, że po raz ostatni, wrócił na miejsce zdarzenia, przekazał wszystko, co miał przekazać Ettie.

Pracował ociężale. Nie tylko z powodu podtrucia. Ciągle myślał o Gemmie i dziecku, o tym, że będzie im potrzebny i że z tego powodu musi sprawnie rozwikłać pozostawioną mu zagadkę.

Naciągnął rękawiczki i odpuścił sobie przeszukanie biurka. Szukał butelki, jakiejkolwiek. Otwierał kolejne szafki pełne pożółkłej od starości pościeli, pełne pamiątek z wycieczek, które przezornie schowano nim stały się zbieraczem kurzu. Dopiero w szafie na dole zauważył papierową torebkę w róże. Taką, w jakiej przynosi się prezent. Ostrożnie wyciągnął ją na stolik, by sprawdzić, co znajdowało się w środku. Butelka w kształcie prostopadłościanu, w kolorze brązowego farmaceutycznego szkła z nalepką, w której rozpoznał reklamowany syrop poprawiający apetyt seniorom. Miał zawierać witaminy i zioła, wspomagać serce. Coś w tym stylu, dumał, z trudem przypominając sobie treść reklamy wypowiadaną przez budzącego zaufanie aktora w kitlu.

Miał już pewne podejrzenie, ale starał się nie zapeszać. Torebkę już wrzucił do folii ze strunowym zabezpieczeniem. Pozostała butelka. Miała przeciętą metalową obwódkę pod nakrętką, którą zdecydował się odkręcić. Pamiętał te wszystkie syropy z czasów, kiedy był dzieckiem i spędzał czas z dziadkami. Raz nawet dali mu spróbować, co wspominał jako dziecięcą traumę. Ale ten zapach był inny. Metalowy od tytoniu i chemiczny od nie wiadomo czego. Noel Marsh był starcem. Jego zmysły nie działały już dobrze. Obawiał się, że mógł nie poczuć zastanawiająco dziwnego smaku zawartości, a to, co wyczuł uznał za typowy smak leku. Dań chyba odnalazł narzędzie zbrodni. Przed zakręceniem pobrał próbkę, która od razu miała być wysłana do Very, a potem butelka trafiła do drugiej foliowej torby na dowody.

*

– Czego znowu pan szuka? – Arthur Gettler przywitał go w progu własnego domu.

Ettie zadzwoniła do niego dopiero, kiedy dojeżdżał do drugiego miejsca na swojej liście, ale z wiadomością, którą uznał za obiecującą, dokładając ostatni z puzzli.

– Wiem już do czego doszło w domu pana teścia – odpowiedział, nie tracąc tonu. – Pana rodzina jest w domu?

– Ted gdzieś wyszedł rano. Zadzwonić do niego?

– Pewnie tak.

Znów trafił do eleganckiego salonu z kominkiem,elegancką kanapą. Z Rachel spotkał się na korytarzu, kiedy wychodziła z kuchni. Arthur zaproponował, że zawoła Martine z piętra. Kiedy zeszła na dół, posłała mu posępne spojrzenie.

– Rozwiązałem sprawę – wyjaśnił już wszystkim zebranym.

– Alisha zabiła mojego ojca? Umyślnie? Przypadkiem? Czemu to się stało? – Głos kobiety był wyjątkowo spokojny, jakby zdążyła się już oswoić z tą nieprzyjemną myślą i gorzkim pocieszeniem, że ktoś za to odpowie.

– Wyniki krwi wykazały, że zatrucie, które podejrzewali lekarze nie miało przyczyny w postaci przedawkowania leków.

– Co? Jak to.

– Znalazłem najprostsze wyjaśnienie. Noel Marsh zmarł z powodu zatrucia nikotyną.

– Och… Mówiłam ojcu, by nie palił. Co prawda chciał rzucić, chyba nawet zaczął.

– Szkoda, że nie miał z tym nic wspólnego. Ktoś podał mu skoncentrowaną nikotynę, a jego leki miałyby zwiększyć jej przenikanie. To brzmiało logicznie. Państwa syn, wiecie lub nie wiecie, korzysta z elektronicznego papierosa. Miałem etap, w którym go podejrzewałem, ale nieszczęśliwie przedawkować nikotynę nie jest tak prosto. Sam spróbowałem po raz kolejny w życiu i skutek był marny. Inaczej jednak wygląda sprawa, kiedy liquid został wymieszany, dla pewności prawdopodobnie, ze środkiem owadobójczym o nazwie tiametoksan, który jest pochodną nikotyny. Jest też na etapie wycofywania, ponieważ przyczynia się do wyginięcia pszczół.

– Nie wierzę,że Ted…

– Obie substancje wymieszano i dodano w skoncentrowanej dawce do syropu poprawiającego apetyt, a pogorszone przez starość zmysły nie odróżniły smaku lekarstwa od trucizny. Mogło nawet być tak, że przez jakiś czas czuł się bardzo dobrze, dzięki skokowi nikotyny. Pewnie się cieszył, że tak fajnie działa prezent specjalnie do niego przyniesiony. Nadal jednak nie rozumiem powodu, dla którego to zrobiłaś Martine, ale musisz się poważnie zastanowić, co chcesz mi powiedzieć, a jeśli nie, pamiętaj, że sąd wyciągnie z tego wnioski.

– Co? Jak pan może przychodzić tu i oskarżać nas kolejno… Złożę na pana skargę! To już przechodzi ludzkie pojęcie. Arthurze, zadzwoń do swojego prawnika… To już jest napastowanie.

Dan nie dał nawet odrobiny uwagi należnej Rachel za robienie tego przedstawienia, poprzez którego krzyki, groźby i wzywanie siły wyższej na ratunek jeszcze chwilę mogła żyć bez uświadomienia sobie, co się stało, dlaczego, z czyjej inicjatywy. Zawsze, kiedy stykał się z bliskimi sprawcy, szczególnie w tak dramatycznych układach, nie pojmował zachowania żon, matek, babek, mężów, ojców i dziadków, którzy za wszelką cenę próbowali podważyć najbardziej nieubłagane prawa fizyki, ciąg przyczynowo-skutkowy, wyniki badań, w których prawdopodobieństwo graniczyło z pewnością. W jego poukładanym świecie musiał znaleźć miejsce na takie irracjonalności.

– W pokoju mieszkania, które Martine wynajmuje z koleżankami znaleziono słoik, prawdopodobnie w którym wymieszano wszystkie składniki mikstury. Ponadto wypisane wszystkie potrzebne dokumenty do wyjazdu do jakiegoś odległego państwa… Mam mówić dalej, czy już chcesz pojechać ze mną na komendę.

Dziewczyna nawet nie spojrzała na swoich rodziców, prawdopodobnie nie usłyszała szybkiego zapewnienia matki, żeby nie mówiła nic bez obecności adwokata, przyjaciela rodziny. Martine niewiele to obeszło.

– Nie przemyślałam tego – przyznała, siedząc na tylnym siedzeniu radiowozu, gdy spojrzał na nią w odbiciu lusterka.

Przesłuchanie było tylko przez chwilę przyjemne, kiedy porównał sobie opiekunkę w tych samych dramatycznych okolicznościach do Martine i miał świadomość, że niewinna, poczciwa kobieta, która dbała o Noela Marsha i rozumiała jego starcze fanaberie została wypuszczona na wolność. Potem już nie było ani trochę miło. Przyznała, że ona stała za wszystkim, co przytafiło się jej dziadkowi. W jej całym, dość spokojnym życiu pojawił się poważny problem, kiedy jej narzeczony postanowił aplikować na jakiś zagraniczny staż, a wcześniej pojechać na misję i tam pomagać potrzebującym w krajach trzeciego świata. Sama też chciała jechać, może nie ze względów moralnych, ale by nie rozstawać się z miłością swojego życia na tyle lat. Pomoc rodziców nie wchodziła w grę, sami mieli poważne problemy, jej brat był wiecznie spłukany. Wtedy narodził się ten plan i chociaż początkowo walczyła ze sobą, ciągłe niesnaski między rodzicami a dziadkiem, jego niedocenianie tego, co dla niego robią, fakt, że na nowo chce spotykać się ze swoją ukochaną Irene, która przecież tylko czekała, by dorwać się do ich rodzinnego majątku, zrozumiała, że to nie jest tak złe, jak sądziła. Dziadek miał swoje lata, a wszyscy w rodzinie nie dożywali jakoś szczególnie późnej starości, więc przy takich obciążeniach miał żyć może dwa, trzy lata. A wtedy już miało być za późno na cokolwiek. Ona potrzebowała pieniędzy natychmiast. Więc postarała się o sprzedawany za śmieszne ceny pestycyd i liquid. Chwilowe nadciśnienie miało wywołać problemy z sercem, a pestycyd porazić układ oddechowy. Tak to sobie wyobrażała. I tak się stało.

Tak minęły trzy godziny, w czasie których Martine mówiła. Ciągle. Nie przerywał jej, nawet nie zadawał pytań, chociaż siedzący obok adwokat kręcił głową z dezaprobatą. Miała to gdzieś. Miała chyba gdzieś to, co się z nią stanie, miała gdzieś rodziców. Na koniec zapytała czy i kiedy może zobaczyć się ze swoim ukochanym.

Wrócił do pustego biura. Ettie zdążyła wyjść, zostawiwszy za sobą perfekcyjnie posprzątane biurko. On omiótł bałagan na własnym, z pisanym ręcznie raportem, od kiedy dowiedział się, że nikt nie naprawi mu drukarki, jeśli zgłosił jej awarię za pięć szósta.

Na ekranie telefonu, który został w marynarce zawieszonej na oparciu krzesła zobaczył nieodebrane połączenie sprzed kilku minut. Gemma. Z dużą dozą prawdopodobieństwa tej nocy miał zostać ojcem. Tej nocy miał otworzyć się nowy rozdział w jego życiu, miało dojść do zmiany jego poglądu na świat, sprowadzić sobie na głowę nowe obowiązki.

Z perspektywy chwili zastanawiał się, czy to dobrze sprowadzać je na ten irracjonalny świat. Przez całą sprawę chciał rozumieć powody, dla których spokojnie żyjący sobie emeryt traci życie, chociaż mógł jeszcze wiele lat przeżyć w zdrowiu i spokoju. Mógł mieć nawet bliską osobę przy boku, która go rozumiała. Ale zginął, a przecież nie musiał.

Czasem ułożone puzzle pasują do siebie, ale nadal są pozbawione sensu. I to potrafiło go przerazić.

– Nadal tu jesteś? Ta sprawa była… durna. – podsumowała Ettie, sięgając bez pytania przedostatni herbatnik, który leżał na talerzyku. Najwyraźniej mylił się i jeszcze nie wyszła z wydziału.

– Tym gorzej umierać dla durnych powodów, jak mieszkanie, które i tak by się odziedziczyło, albo pięć funtów, które ostało się w kieszeni… – przerwał, czując, że to ostatni moment, w którym mógłby liczyć na wsparcie kogoś poza sobą. – Gemma jest chyba w szpitalu, a ja, myśląc o tym wszystkim… jak mam zapewnić bezpieczeństwo własnemu dziecku, skoro ludzie potrafią mnie zadziwić swoją głupotą nawet po tylu latach obcowania z nimi…

– No i nie masz żadnej pewności, że nie postanowi otruć cię na starość, kiedy postanowisz żyć odrobinę zbyt długo, niż zaplanowali to oni. Jednak nieważne do jak bogatych wniosków doszedłbyś przy tych intrygujących rozważaniach, powiem, że nie będziesz siedzieć w tym bezpiecznym gniazdku i oddawał się swojemu filozofowaniu, kiedy Gemma cię potrzebuje. Cokolwiek się dzieje, nie możesz jej zawieść. A że życie jest chore… Gdyby nie było, nie miałbyś czego robić i nad czym myśleć.

Telefon znów zaczął dzwonić. Nigdy nie miał oporów przed odbieraniem, chociaż najczęściej dzwoniono do niego z pracy i chodziło o śmierć. A kiedy chodziło o narodziny, czuł się już kompletnie obco i niepewnie, ale Gemma go potrzebowała, szczególnie, kiedy nie miał już czym zasłonić się przed własnymi obowiązkami.

M. Czekalska, październik 2018 roku

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s