Drzwi Tanatosa

 Nekropolia stała opuszczona od dziesięcioleci, jak nie od wieków. Odgradzały ją od świata połacie lasu i bardzo ruchliwe połączenie kolejowe z przewozami towarowymi. Jednak tym, którym się udało wreszcie tam dostać, mogli mieć wrażenie, że znaleźli się w północno-europejskim Abu Simbel. Brakowało tu monumentalnych i przytłaczających swą potęgą grobowców. Jednak szlachetność, każdego z osobna nagrobka czy mauzoleum, miała arystokratyczną rysę, co wespół tworzyło niemal cesarski panteon.

Ani dla Alice, ani dla jej starszego brata Theo nie była to pierwszyzna. Przodowali w odnajdywaniu zaginionych miejsc, wchodzili do takich budynków, do których ledwo grafficiarze potrafili. Jedyne wspólne zainteresowanie, setki wspomnień i dowodów na jakąś rodzinną więź, wszystko udokumentowane w formie fotorelacji na Instagramie. Tylko po to, by móc ją przeglądać na starość. Theo drukował zdjęcia, na wypadek, gdyby w przyszłości nastąpił deficyt internetowy. Alice popierała pomysł, ale tylko pod kątem ostrożności i troski o istnienie konta instagramowego. Reszta jej nie interesowała. Chłonęła te przygody, tak jak jej rówieśniczki chłonęły fantastyczne młodzieżówki o pięknych i niedostępnych chłopcach i czyhających na główną bohaterkę niebezpieczeństwach. Ona to przeżywała na własnej skórze. Żałowała jedynie, że z bratem.

Nekropolia była nowością w ich historii squatingowej. Liczyła, że Theo wcale nie zarządzi noclegu na cmentarzu. Sama nie wróci do domu, to miejsce otaczał z dwóch stron las i z jednej torowisko, zamykając zapomniany cmentarz w trójkącie. A opuszczona nekropolia, nie tylko brzmiała jak coś przerażającego. Ona tak wyglądała.

Przechodzili przez bramę, której strzegły dwa, niemal dwukrotnie większe od człowieka, posągi aniołów. Ich rozpostarte skrzydła, zdawały się rzeczywiście unosić postaci w powietrzu, a kamienne miecze, skierowane ostrzem ku ziemi, wyglądały, jakby lada moment miały przeciąć powietrze i kto wie, co jeszcze. Brukowana ścieżka, rozciągała się za bramą i dzieliła na dwie części. Na jej rozwidleniu, powitała ich Święta Maria, opadająca niemal bezwładnie na skałę, z której prawdopodobnie została również wyrzeźbiona. Wyglądała, jakby zasłabła, podtrzymywała się splecionymi dłońmi o wystający kamień, a jej twarz wyrażała nieziemski spokój. Nieziemski, jakby nienaturalny, inny, obcy. Była w tym ukryta groźba, jakby klątwa w kamieniu, który przedstawiał jedynie Matkę Boską klęczącą, nie po raz pierwszy na jednym z hiszpańskich cmentarzy.

Alice ledwo przekroczyła próg nekropolii i spojrzawszy na ten posąg miała ochotę zawracać. Theo popchnął ją niby niechcący, ale pokrzepiająco ramieniem.

— Pójdziesz w jedną stronę, a ja w drugą, cmentarz nie jest duży, jakby się coś działo, to jestem w stanie dwoma susami doskoczyć do ciebie. Obie ścieżki łączą się na samym końcu, to taka pętla. Tak będzie szybciej, niedługo zacznie się ściemniać, a może mi nie uwierzysz, nie chciałbym znaleźć się na starym cmentarzu, odciętym od cywilizacji, o zmroku — zapewnił ją Theo, gdy już miała protestować, że absolutnie nie chce się rozdzielać. Ten argument był dokładnie w punkt.

Ich zadaniem było cyknąć kilka fotek i ewentualnie później wrócić szybciej, po przeciwnych stronach, by zobaczyć drugą część cmentarza, bez zatrzymywania się.

Pozwolił jej zdecydować, w którą stronę chce iść. Wybrała lewo, bo widziała stamtąd tory. Chociaż pociąg, by jej nie pomógł, to widok czegoś bardzo realistycznego był pokrzepiający.

Gdy tylko Theo zniknął jej za którymś z mauzoleów, zaczęła przyglądać się otaczającym ją rzeźbom. Nie było tam nagrobków. Każda mogiła oznaczona była posągiem i ewentualnie dodatkową tabliczką, na której wspierała się zmarła postać, na której leżała, którą trzymała lub która leżała u jej stóp. Wtedy Alice zrozumiała, że omdlała Matka Boska, to najmniej straszna rzecz, którą może zobaczyć.

Z niewiadomej przyczyny, ktoś wymyślił sobie, że na tym konkretnie cmentarzu wszyscy muszą mieć rzeźby nagrobne. Czy to zmarli wymyślali, czy ich bliscy. W znacznej większości były to portrety zmarłych. Niejednokrotnie przedstawione, jako omdlałe i wspierające się na płytach lub filarach, jak Maria u bramy. Ale pojawiały się makabryczne ujęcia ludzi w paraliżu pośmiertnym, zaciskających skamieniałe palce na emblematach, ryjąc palcami w ziemi, wyginając kręgosłupy w łuk, wykrzywiając twarze w przerażającym wyrazie bólu, cierpienia lub krzyku, a ich puste oczy sugerowały tylko efekt, dzięki któremu leżeli, gdzie leżą.

Były też znacznie bardziej finezyjne przedstawienia. Jedna żeńska postać w trójfilarowej pół-altance, okryta od stóp do głów tkaniną, ale tak przylegającą do jej ciała, że odznaczała się sylwetka postaci, nos, podbródek i oczodoły. Alice była przekonana, że pod tym szalem, mógł się znajdować ten błogi, pełen satysfakcji uśmiech. Zadrżała, nastąpiła na obluzowany kamień w ścieżce, a hałas spłoszył ukrytego między grobami szczura, który przemknął tuż przed jej stopami. Zasłoniła usta, powstrzymując się od krzyku. Szczur nie mieścił się na liście niebezpieczeństw, które mogły ich tu spotkać. Po prostu był… Poza tym, że obrzydliwy… Niespodziewany.

Niektórzy spali. Część rzeźb, które zajmowały sporo miejsca, przedstawiały łoże, tak miękkie, że postać leżąca w nim zdawała się zanurzać w pościeli. Alice odważyła się dotknąć kamienia, by przekonać się, że to z pewnością kamień. Niektórzy spali jak to tylko trupy potrafią: sztywno, z dłońmi splecionymi na brzuchu. Ale niektóre postacie były bardzo sympatyczne, zwinięte w pozycji embriona, z ręką pod poduszką i włosami rozsypanymi dookoła. Dzieci spały w kołyskach z pluszakami. Małżeństwa przytulone do siebie na wieki.

Alice, pomimo strachu, który powoli rozluźniał uścisk na jej żołądku, musiała przyznać, że to było najpiękniejsze miejsce, jakie widziała. Chociaż przemknęła jej przez głowę myśl, że nigdzie nie było śladu ludzkiej działalności po zamknięciu cmentarza. Nie było śmieci, nie było graffiti, nie było w zasadzie niczego. Chociaż trawa zdawała się jakby tu nie rosnąć. Tylko bluszcz, który wspinał się na kopuły lśniących w słońcu mauzoleów.

Nigdzie też nie było zniczy, wysuszonych kwiatów. Jakby ktoś zdmuchnął grubą warstwę kurzu z makiety. Nie było nic poza ogrodem posągów, kilku pokaźnych mauzoleów, kolumnady otaczającej dodatkowo cmentarz, bramy i małej, okrągłej kapliczki za plecami Matki Boskiej.

Nekropolia składała się z kamienia i suchej ziemi.

Alice zaczęła robić zdjęcia. Upewniając się co jakiś czas, czy słońce, aby na pewno nad nią czuwa. I tak powolutku krążąc od posągu do posągu: od pięknych pań przedstawionych jak greckie boginie, po posągi eleganckich dżentelmanów w cylindrach. Niektórzy mieli oczy z kamieni półszlachetnych i zdawali się obserwować intruza.

Co ciekawe, żaden posąg nie miał wydłubanych tak cennie wyglądających oczu. Złodzieje też raczej tu niczego nie szukali.

Dotarła do zakrętu ścieżki, która faktycznie się zapętlała, tylko zamiast pokrzepiającego uśmiechu brata, który mówiłby „No i co? Nie było tak strasznie”, napotkała ścianę z drzwiami, u których klęczał jedną ręką zawieszony na kołatce kolejny posąg. Drugą ręką zakrywał twarz w geście rozpaczy.

— Theo! — krzyknęła wysoko Alice, bardzo bliska płaczu.

Nasłuchiwała. Czuła, jak jej serce coraz wolniej i głośniej uderza, dudniąc w uszach i skroniach.

— Ali spokojnie, być może cmentarz był przebudowany, a ja mam starą mapę. Co widzisz przed zakrętem? — usłyszała głos swojego brata.

Spojrzała we wskazane miejsce.

— Wąską ścieżkę, ale taką, że mogłaby być równie dobrze ścieżką między nagrobkami, ja nie wiem…

— To tam idź — przerwał jej. — Wszystkie cmentarze mają podobną budowę, a ten widocznie rozciągnęli wzdłuż.

— Nie lepiej zawrócić? Skąd wiesz, jak długie to jest, zdążymy przed zmrokiem? — Bała się, chciała do domu.

— Słońce jest jeszcze wysoko, poradzimy sobie, byliśmy w trudniejszych sytuacjach. Pamiętasz, jak w tamtym magazynie zawaliły się schody i wpadliśmy do dziury?

Alice zadrżała. Już nigdy więcej nie chciała wpadać do żadnej dziury. Nawet w chodniku.

— No dobrze.

Zrobiła szybko zdjęcie kompozycji.

Eros et Tanatos, przeczytała nad drzwiami.

Już nie chciała myśleć. Koniec robienia zdjęć, obiecała sobie. Byle znaleźć krzyżującą się ścieżkę. I chociaż starała się nie patrzyć na mijane posągi, to jeden z nich przyciągnął jej uwagę. Szczególnie, że ktoś postawił na nim świece, których płomień nie tak dawno zatańczył na knocie, sądząc po ilości stopionego wosku. Obok leżały trzy czerwone i świeże róże. Ani jeden płatek nie przytulił się bardziej do ziemi. Alice się zatrzymała. Rzeźba była na wzniesieniu. Kobieca postać, właściwie dziewczyny, niewiele starszej od niej. O włosach i szacie rozwianej silnym wiatrem. Była o krok od krawędzi wzniesienia i patrzyła w dół. Jej oczy nie były puste, a wyraz twarzy malował obraz rozpaczy i niepewności. Zupełnie jakby się zastanawiała, skoczyć lub nie. Zaciskała smukłe dłonie na szacie, jakby szukając pokrzepienia w miękkości tkaniny. Zagryzła nieznacznie wargę. Trzymała w niepewności. Rzeźbiarz stworzył arcydzieło i przekleństwo.

Wymagała uwagi, by odbiorca ciągle na nią patrzył, wstrzymując oddech i ślizgając się po obrysie nieruchomej postaci, która zdawała się tak dynamiczna i ekspresyjna, jakby lada moment miała skoczyć w przepaść. Zniknąć gdzieś poza zasięgiem wzroku. Zrobić ponownie coś, co prawdopodobnie już zrobiła.

Alice nie mogła na nią patrzeć. Artysta stworzył coś pięknego i przerażającego. Jakby młoda dziewczyna miała skoczyć, gdyby ktokolwiek oderwał od niej wzrok. Szantaż emocjonalny i wieczna potrzeba uwagi. Co za egoizm, a z drugiej strony bezradność.

Świece stały przy, a na niej prawdopodobnie cytat, napisany cyrylicą.

Co jeszcze wzbudziło niepokój: fakt, że cmentarz nie do końca był opuszczony, chociaż sugerowałaby to data zamknięcia i ostatniego pochówki, który wskazywał, że nawet jeśli bliscy odwiedzali groby, to już oni sami dawno by zmarli. A także fakt, kompletnego braku działalności ludzkiej. Jakby pył na kostce brukowej po raz pierwszy był starty przez jej stopę.

Zacisnęła zęby i ruszyła przed siebie, tym samym żywym krokiem, nie obracając się na posąg, który zamienia ludzi w słup soli. Szła dalej. Szukała skrzyżowania, bocznej ścieżki, która zaprowadziła ją do alejki obok.

— Theo? — zapytała głośno, jakby sprawdzając, czy napewno nie jest sama.

Odpowiedziało jej tylko jej własne tupanie.

Zaczęła biec, mijała kamienne dzieci, puste kołyski, kamienne dłonie wyciągnięte w jej kierunku. Słyszała oddech, a może kilka. Może swój własny. Może kogoś jeszcze. Czytała w biegu napisy na płytach.

Odeszła we śnie.

Spotkamy się po tamtej stronie.

Pamięć o Tobie nie zgaśnie.

Na zawsze w naszych sercach.

Inne po łacinie, ale wszystkie mówiły tym samym ponurym głosem.

Rzeźbione zwierzęta, kruki z połyskującego onyksu, o rozłożonych skrzydłach, ale milczących dziobach. Kamienne psy czuwające przy łożach, fotelach, kołyskach, leżące u stóp właścicieli. Puchaty kot o malachitowych oczach, siedzący na kolanach kobiety w wielkim kapeluszu.

Otwarte usta i spojrzenia, nieraz aż za żywe jak na posągi. Za dużo ruchów, za dużo twarzy. Przewijały jej się przed oczami pokolenia, a wszystkie jak migawki, jak klisze. Nie mogła ich rozróżnić. Nie chciała ich dotykać. A jeszcze bardziej nie chciała, by cokolwiek dotknęło ją.

Gdy jej spojrzenie, skaczące z posągu na posąg, natrafiło na żywą tkankę. Na pomarszczoną twarz starca o smutnych niebieskich oczach. Miał równo przystrzyżoną brodę na dwa centymetry. Bardzo grube okulary. Ubrany w białą koszulę i elegancki garnitur, a na głowie miał melonik.

Dla Alice było to zbyt wiele. Świat zawirował jej w głowie. Nie zdążyła krzyknąć, gdy poczuła tępy ból w całej czaszce. Reszty nie pamiętała.

— Nie wracajcie tu, nie mówcie nikomu o tym miejscu. A jak już powiedzieliście, to kłamcie. Nie wracajcie tu — powtórzył zmęczony, ale zdecydowany głos.

Otworzyłą oczy i pierwszą rzeczą jaką ujrzała, to klęczącą postać Erosa u drzwi do królestwa Tanatosa.

— Już w porządku, wracamy do domu — powiedział Theo, podnosząc siostrę do pozycji stojącej.

Zauważył, na co patrzy siostra. Ze swojej strony widział tylko schody, prowadzące w dół. Nie wiadomo, gdzie się kończyły. Otaczał je na wpół zawalony mur, jakby ktoś próbował taranem wejść do środka. Zajrzał wtedy ostrożnie, zdumiony, że dokądś to prowadzi. Z góry założył, że nie zobaczy tam nic poza typowym wystrojem mauzoleum. Tylko czy chciał oglądać podziemne mauzoleum? Z nieboszczykiem?

Patrząc na to od strony swojej siostry, absolutnie nie pożałował, że nie spróbował bawić się w łowcę skarbów w pojedynkę.

— Tam już może lepiej nie wchodźmy — rzucił i pomógł siostrze stanąć na nogach.

Październik 2018r., Wiktoria Mikulska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s