Jupiter. Część trzecia

W przerwie między występami Pablo skinął głową na Rona, który w końcu się znalazł. Iluzjonista uznał, że nie warto przychodzić na rozpoczęcie, bo spotka się tylko z dwoma godzinami nudy. Przecież znał sztuczki przyjaciół na pamięć. Publice pokazał kilka trików z udziałem ich i kart, potem wyciągnął trochę królików z kapelusza i zaanonsował wielki finał.

Tym razem Pablo wyszedł tylko z Aresem, który swoje lata w boju (w końcu bóg wojny) ma już dawno za sobą. Ann stała na podwyższeniu, rzucając znaczące spojrzenie treserowi, przypominając o ich wcześniejszej rozmowie. Trzymał lwa na łańcuchu, pogładził go po grzbiecie, zawiadamiając o pasażerce i szybko podał Ann dłoń, by pomóc jej stanąć na zwierzęciu.

Trenowali tysiące razy i Ares zdążył się do niej przyzwyczaić. Akrobatka uśmiechała się szeroko, pokazując rząd równych ząbków, choć Pablo zdawał sobie sprawę, że pierzchła w środku ze strachu. W pierwotnej wersji Ann stanowiła duet z Aresem, bez łańcuchów, bez żadnego wsparcia, ale „wypłakała” sobie Pabla do pomocy.

Stanęła na jednej nodze, drugą trzymając wysoko do góry. Jechała tak na dzikim kocie do momentu, w którym Robert zsunął się na wstędze i chwycił oburącz partnerkę. Ann podciągnęła się do góry. Ten użyczył jej jednej ze wstąg i oddalili się od siebie jak wahadła, szybując naokoło namiotu nad głowami widzów.

Wracając za kulisy, zastali Martima ironicznie klaszczącego w dłonie. Odczekał na uboczu aż Pablo OSOBIŚCIE zamknie lwa na klucz. Podszedł do niego.

– Ty! – Stuknął tłustym paluchem w pierś tresera. – Przygotuj sobie dobrą gadkę.

Mężczyzna nieznacznie przełknął rosnącą gulę w gardle. Nie wiedział jak przekonać ich do swojego zdania, skoro nie wiedzieli, co czuje. Nawet nie chcieli tego zrozumieć.

Usiedli na opustoszałych trybunach, w jednym miejscu, nieopodal schodów i kulis. Byli wszyscy, nawet Mongoł-bramkarz.

Rudy grubas klasnął w dłonie, zwracając na siebie uwagę.

– Jako, że stało się to, co się stało. – Rzucił wściekłe spojrzenie na parobka, który za wszelką cenę, usiłował rozpłynąć się w plastikowym krześle. – To musimy coś z tym zrobić. Czasem zostawiamy po sobie smród, takie życie i nie zawsze się udaje…

Przeszedł parę kroków w bok i podniósł palec do góry.

– Wspaniałomyślnie stwierdzam, że pozostawienie przy życiu białego tygrysa bengalskiego, który słynie z agresji i nieraz pokazał nam, że gustuje w ludzkim mięsie, a przynajmniej w rozlewie ludzkiej krwi… Uznałem, że to gruba przesada.

Zrobił efektowną pauzę i przeszedł się w drugą stronę. Jego krążenie, zawsze dostarczało dodatkowych emocji, szczególnie stresu i irytacji. Martim urodził się showmanem i prawdopodobnie nawet jego śmierć będzie jednym wielkim finałem.

– Wyjeżdżamy za dwa dni, dokładnie za… – spojrzał na zegarek – czterdzieści cztery godziny i piętnaście minut. Do tego czasu futro tego kociska, chcę mieć na tapicerkę… Albo nie. Na płaszcz – pogładził się po połach brązowej kamizelki i wykrzywił twarz w błogim uśmiechu, patrząc w jakiś punkt na szczycie namiotu.

Pablo podniósł się momentalnie z krzesła, jak pajacyk z pudełka. Po zebranych przeszedł szum.

– Nie pozwolę go zabić!

– To uśpimy – rzucił ktoś.

– Ani uśpić. – Zirytowany rozłożył ręce.

Martim rozsiadł się na krześle i zgłupawym uśmiechem założył nogę na nogę. Niespiesznie zapalił cygaro, wypuścił kilka kółek z dymu i powoli, rozkoszując się zbudowanym napięciem, postanowił przemówić:

– Spodziewałem się tego. Dobra, wszyscy się tego spodziewaliśmy. A ja cię proszę o jedno: przekonaj nas. – Przesunął ręką po zebranych.

– To jest żywe stworzenie, takie jak my, które czuje i chce żyć. Nie możemy go zabić, tylko dlatego, że jego natura jest bardziej dzika. – Bronił się rozpaczliwe, choć wiedział, że nie ma argumentów.

– Za to on może zabijać nas, żywych ludzi, którzy czują i chcą żyć? – zapytał sarkastycznie Martim, po czym dodał: – Pablo, słuchaj. Nie chcemy dla ciebie źle. Wiem, że nie potrafisz uzasadnić, dlaczego tygrys ma żyć, to może wyjaśnij dlaczego ty chcesz, aby on żył.

Pablo wziął głęboki oddech i zdecydował się zdjąć marynarkę. Czuł, że jest mu duszno, za duszno, choć krew zamarzła w jego żyłach, a ręce miał mokre od zimnego potu. Przetarł mokrą dłonią czoło, odgarniając bardzo jasne kosmyki, które zaczęły lepić się do twarzy. Usiadł, bo miał wrażenie, ze grunt lada moment osunie się pod jego nogami i opierając łokcie na kolanach, spojrzał prosto na Martima.

– Z każdym z moich kotów, czuję nierozerwalną więź, a z Jupiterem… jest bardzo szczególna, zupełnie jakby był moją bratnią duszą – mówił powoli, ważąc każde słowo, tylko po to, by nie pokazać na forum jak bardzo drży mu głos.

Martim patrzył na niego trochę jak na idiotę, któremu bardzo chciałby pomóc, ale wolałby mu nie pokazywać, że nie wie jak. Pokiwał tylko głową ze zrozumieniem.

– Deedee nie chciała białego tygrysa, bo nie wierzyła, że da się pokonać ich morderczą naturę. Jak na ironię, to ona padła jako pierwsza ofiara Jupitera. Były jeszcze dwie. – Martim przysunął się, by spojrzeć głęboko w czarne oczy tresera i dodał: – Może i jestem sukinsynem, ale nawet ja nie wyceniłbym życia jakiegoś pchlarza, wyżej niż jedno ludzkie życie, a co dopiero trzy.

Ann podniosła się z krzesła i podeszła do Pabla, przytulając od tyłu. Pogładził chwilę jej dłoń.

– Wiem, że jest ci ciężko – wyszeptała mu do ucha. – Ale tak musi być.

Mężczyzna czuł, że zbiera się w nim kolejna fala wyrzutów sumienia, tym razem pomieszana z ukłuciem żalu i gorzkim smakiem. Miał wrażenie, że ktoś starał się rozerwać mu serce na pół. Nie rozumiał, czemu świat, po raz kolejny, obraca się przeciw niemu, a jeszcze gorsze było to, czy kiedykolwiek przestanie mieć pod górkę. Rozejrzał się po twarzach zebranych i rzekł powoli i ociężale, jakby oddychanie przychodziło mu z wielkim trudem:

– Kochani… ja nie przeżyję śmierci Jupitera.

Ann wypuściła go z objęć i podniosła jego głowę za podbródek, próbując w jego oczach odczytać szantaż emocjonalny, desperacki argument lub przynajmniej żart. Nie znalazła nic.

– Pablo, to jest tylko zwierzę – odezwał się Ronald, który od początku zebrania stał w kącie i taksował wszystkich wzrokiem.

– Przed chwilą wyjaśnił, że dla niego to nie jest zwykłe zwierzę. – Akrobatka nieoczekiwanie zaczęła bronić tresera, czując do niego głębokie współczucie.

Pablo ukrył twarz w dłoniach, próbując odciąć się od wszystkich, którzy go otaczali i przemyśleć wszystko na spokojnie, nie odczuwając presji wyczekujących spojrzeń i szemrania. Mieli mało czasu, za mało. Żal ustąpił poczuciu gniewu, a nawet dzikiej furii. Przecież to nie on nie zamknął klatki tygrysa. W takich okolicznościach, to Brian powinien ponosić odpowiedzialność.

Powinien mi przynieść Jupitera na rękach! – Wrzał w środku.

Wplótł ręce we włosy i tępo patrzył w podłogę, starając się zignorować narastającą wokół niego wrzawę. Ann próbowała wyperswadować wszystkim, że dla niego jest to trudna decyzja, a pozostali zwyczajnie obawiali się o swoje życie i dla nich zabicie tygrysa, było jak ścięcie kury, a i tak trzeba byłoby po nim posprzątać.

Podniósł się i niepewnie spojrzał na Martima, który również nie brał udziału w dyskusji, tylko się przyglądał. Przywołał go wzrokiem. Zwalisty Irlandczyk głośno zaklaskał w dłonie, uciszając zebranych. Gdy wszystkie spojrzenia były skierowane na dyrektora cyrku, ten wskazał na Pabla i oznajmił:

– Szanowny pogromca tygrysów, chciałby coś rzec.

Treser wyprostował się na krześle i zdjął z oparcia marynarkę, którą położył sobie na kolanach. Wziął głęboki wdech.

– A gdybyśmy spróbowali schwytać Jupitera? Potrzebowałbym pomocy w jego znalezieniu, ale mogę obiecać, że tylko ja będę obcował ze zwierzęciem – powiedział donośnym, prawie dostojnym głosem, licząc, że wpłynie tym na ich decyzję.

Martim podparł głowę na ogromnej pięści i obserwował, jaką reakcję Pablo próbował wywrzeć na pozostałych. Inni tylko niepewnie spoglądali to na tresera, to na dyrektora, aż w końcu iluzjonista zabrał głos:

– Jeżeli w innym przypadku masz zamiar się zabić… Możesz liczyć na moje wsparcie. – Lekko skinął mu rondem cylindra.

Na twarzy tresera wykwitł niepewny uśmiech, pomieszany z ulgą.

– Dobrze – skwitował Martim i zapytał zebranych: – ktoś jest przeciw? Ktoś jeszcze za? Nikt? To reszta się wstrzymała, zatem jeden do dwóch. Masz dwadzieścia cztety godziny i ani minuty dłużej – spoglądał na srebrny zegarek – jeżeli do tego czasu Jupiter nie znajdzie się w klatce, to zatrudnimy Łowców, którzy sprzątną tygrysa, gdy my będziemy wyjeżdżać. Potrącę ci z wypłaty. Masz do dyspozycji personel cyrkowy i każdego artystę, który zgodzi się ci pomóc. – Po tych słowach wstał i chwiejnym krokiem ruszył schodami w dół.

Pablo stanął na plastikowym krześle i obejmując wzrokiem grupkę cyrkowców powiedział:

– Jedyne czego mi potrzeba, to zwiadowców. Parę osób, które mógłbym rozdzielić i wysłać na różne strony, aby ci poszukali śladów i mnie o nich poinformowani, potem wezmę sprawy w swoje ręce.

– A jeżeli nie znajdziemy śladów, a tygrysa? – zaoponował Robert.

– Jupiter nie ma zdolności teleportacji, najpierw pojawią się ślady, potem zmywacie się stamtąd jak najszybciej.

Artyści zaczęli stopniowo się rozchodzić, a grupka topniała w oczach.

– Zostaliśmy tylko my – oznajmił wyczekująco Ronald, splatając ramiona na piersi.

Pablo pokiwał głową i patrząc pusto przed siebie, rozczarowany i smutny powiedział:

– Najlepiej od razu poszukać na Powierzchni.

Natychmiast udali się w kierunku pustostanów przylegających do podziemnego wejścia.

Wkroczyli do starej fabryki butów, w której wnętrzu unosił się intensywny zapach kurzu z czymś jeszcze – delikatnym akcentem smrodu kleju do skóry. Ogromną halę oświetlał szereg prostokątnych okien, podzielonych ramą na sześć równych kwadratów. Z nich smugami opadało światło na betonową posadzkę, przykrytą wieloletnim dywanem z kurzu. Ślady na nim nakłoniły Rona i Pabla do zwiedzenia starego squatu. Nie do końca było wiadomo, czy to ślady tygrysa, bo do wnętrza budynku prowadziła całkiem szeroka ścieżka wydeptana w brudzie.

Panowała całkowita cisza, a w strumieniach światła wirowały wzburzone cząsteczki kurzu. Iluzjonista wyciągnął kolorową chusteczkę z rękawa i zagrył nią nos i usta.

Zdawało się, że byli sami, do momentu, w którym usłyszeli cichy stukot, który przywodził na myśl kapiącą wodę ze stalaktytu u sklepienia opuszczonej jaskini. Cichy i monotonny dźwięk, który niósł się echem po hali, wzbudził kolejne podejrzenia.

Ostrożnie stawiali kroki, stając najpierw na piętach i kontrolując oddech, by buzująca adrenalina nie zdradziła ich obecności.

Oparli się plecami o starą maszynę i przez chwilę stali nieruchomo. Ron wciąż przyciskał chustkę do nosa, a Pablo czuł jak kosmyki włosów nieprzyjemnie lepią się do jego karku.

Nagle wybuchła kaskada poprzedniego dźwięku, zupełnie jakby zaczął padać grad, a zamrożona woda uderzała o blaszane zadaszenie squatu. Mogłoby być to dobre usprawiedliwienie, ale słońce świeciło przez jasne chmury, które nie wyglądały na takie, z których miała spaść mżawka, a co dopiero grad.

Pablo ostrożnie wysunął się z ukrycia, by zbadać, co się dzieje na środku hali. Zamrugał szybko i przywołał dłonią magika, by ten wyszedł z ukrycia. Ronald patrzył równie zaskoczony, co Pablo na dziewczynkę, około trzynastoletnią. Wygrzebała sobie w kurzu spore koło, narysowała na nim kilka obręczy, które stawały się coraz mniejsze. Ustawiła w odpowiedniej kolejności szklane kule i starała się je strącić z planszy z pomocą innych. Dostrzegłszy ruch podniosła się z miejsca i wytrzeszczyła ciemne, skośne oczy na widok gości. Pobladła raptownie, a na policzkach pojawiły się niezdrowe wypieki.

Treser uniósł ręce, jakby chciał uspokoić spłoszonego konia, a Ron w tym czasie wcisnął chusteczkę do kieszeni i kichnął głośno. Potarł wierzchem dłoni nos i rzekł skromnie:

– Przepraszam, mam alergię na kurz.

Dziewczynka wyraźnie się rozluźniła, ale do ulgi miała jeszcze daleko. Zdawało się, że wstąpiły w nią nowe siły i rzuciła się do zbierania kulek. Wszystko działo się tak szybko, że nim zdążyli się obejrzeć, a mała Azjatka czmychnęła między machiny. Widzieli tylko jej słaby zarys, jak wspinała się na jedną z nich.

Pablo bez chwili zastanowienia ruszył za nią. Momentalnie pochwycił ją w tali, gdy omal nie zleciała ze skomplikowanej machinerii, i postawił na ziemi. Miała zamiar ponownie rzucić się do ucieczki, gdy z drugiej strony Ron złapał ją oburącz za ramiona.

Lis W. A. Mikulska, następna część 7 XI 2018.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s