Jupiter. Część czwarta

— Jesteście z policji? — wycedziła do Pabla, dając do zrozumienia, że w razie twierdzącej odpowiedzi jest gotowa splunąć mu w twarz.

Treser podniósł wzrok na towarzysza, a ten wzruszył tylko ramionami. Dziewczyna nie próbowała się wyrywać, a nawet sprawiała wrażenie rozluźnionej, jakby miała znaczną przewagę nad nimi.

— Nie. Jestem Pablo, a to Ronald jesteśmy…

— Cyrkowcami — rzuciła entuzjastycznie.

Ron wypuścił dziewczynę z uścisku, kichnął i zdecydował się przytknąć ponownie chustkę do nosa. Po raz kolejny nieletnia Azjatka wprowadziła ich w osłupienie.

— Skąd wiesz? — wyburczał przez chusteczkę iluzjonista.

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, a po dawnym konflikcie zniknął ślad.

— Widziałam dwa spektakle „Bachanalii”, pierwszy w Liverpoolu, pięć lat temu, a drugi tu, w Londynie, pięć dni temu. — Zaśmiała się.

— To może nam pomożesz? — zaproponował Pablo, lekko pochylając się nad dziewczynką. — Ale… nas już znasz, może powiesz coś o sobie?

Dziewczyna wydęła dolną wargę i splotła ręce na piersi.

— Nie mów do mnie jak do dziecka! Mam już czternaście lat! Nazywam się Kira, nie jestem Chinką i lubię grać w kulki. — Pokazała zawartość niebieskiego woreczka i dodała: — Kolekcjonuję je.

Ron zajrzał do wnętrza woreczka i wyciągnął jeden ze skarbów Kiry, średniej wielkości kulkę o kolorze pudrowego różu.

— Ładna prawda? Nazwałam ją Wenus, tak sobie wyobraziłam tę planetę — wyjaśniła.

Iluzjonista z namaszczeniem odłożył kulkę do woreczka, który dziewczyna szybko zawiązała i przyczepiła do pasa, ukrytego pod dżinsową kurtką. Pablo, który dotychczas stał cicho, przypatrując się dziecku jak dziwnemu okazowi, zadając sobie w głowie pytania, jakie każdy dorosły o zdrowych zmysłach, by sobie zadał po spotkania młodej osóbki, całkiem samej i grającej w kulki w opuszczonej fabryce.

— Dobrze się składa, bo my szukamy Jupitera — rzekł w końcu, wyglądał jakby właśnie przebudził się ze snu.

— Białego tygrysa bengalskiego. Takiej i takiej wielkości, nie reaguje na imię, dość agresywny i nieprzyjazny — wyjaśnił w skrócie Ron, ignorując wymowne spojrzenie Pabla.

Dziewczynka przytknęła zgięty palec do ust i zamyślona zapatrzyła się na brudną podłogę. Odeszła na kilka kroków i stanęła w promieniach słońca, wpadających przez okno.

— Takiej i takiej wielkości? — dopytała starając się powtórzyć pokazane przez Ronalda wymiary tygrysa, po czym zapytała dla pewności: — Biały tygrys?

Zgodnie pokiwali głowami, oczekując w napięciu.

— Widziałam takiego tygrysa, na pobliskiej stacji metra — powiedziała w końcu.

— W stacji metra?! — wykrzyknął Pablo, po czym zaczną wypytywać łagodniejszym tonem: — Jesteś pewna? Na której stacji metra? Zawiadomiłaś kogoś?

Kira wzruszyła ramionami i potrząsnęła głową, czarne włosy, ścięte na pieczarkę zafalowały.

— Nie zdziwił cię tygrys na stacji metra? — Tylko Ron zdołał zadać to najwłaściwsze pytanie.

Dziewczyna machnęła tylko ręką, burcząc coś, że ludzie mają przecież różne hobby i zaoferowała, że może im wskazać dokładne miejsce, gdzie widziała tego tygrysa.

Magik, jak to miał w zwyczaju, unosząc jedną brew, przesunął wzrokiem po dziewczynie z góry do dołu, badając, co było z nią nie tak. Wyglądała jak zwykłe dziecko ulicy: brudna, wychudzona, w za szerokich i podartych dżinsach, poplamionej koszulce i wyraźnie wysłużonej kurtce, a cały dobytek nosiła przy sobie. Jednak jej zachowanie sugerowało, że widziała w życiu znacznie więcej niż sugerowałby jej wiek.

Raźnym krokiem ruszyła na stację Eros, która jak na ironię, sąsiadowała z komisariatem.

Zatrzymali się na peronie. Kira rozejrzała się na boki, jakby nie poznawała tego miejsca, a Pablo czuł, że opadają mu ręce. Krążyła od wejścia do wejścia, a cyrkowcy tylko ją obserwowali. W pewnym momencie treser poczuł takie rozczarowanie, że musiał dać mu upust i plasnął się z otwartej dłoni w czoło.

— Daj jej trochę czasu — zaśmiał się cicho Ron, sięgając do kieszeni marynarki, po paczkę papierosów; poczęstował nimi towarzysza, ale ten odmówił. — Dziwną politykę uprawiasz z tymi używkami…

Pablo zmarszczył czoło.

— To znaczy?

Iluzjonista odpalił papierosa i wzruszył ramionami, spoglądając na rozżarzony koniec, czy aby na pewno równo go podpalił.

— Taki Straight Edge jesteś? — sprostował, zadając kolejne pytanie.

Treser pokręcił głową, jakby coś ważył i odparł:

— Pracuję z dzikimi zwierzętami, nie mogę pozwolić sobie na dekoncentrację i słabostki…

Ron prychnął pogardliwie.

— No co? — obruszył się Pablo rozkładając ręce.

Magik odwrócił się za siebie, lokalizując, gdzie podziała się Kira i zaciągnął się dymem.

— A tamta dziewczyna? — rzucił. — To nie jest „słabostka”?

— Kira? — zapytał zdziwiony, unosząc wysoko brwi.

Nawet Ronalda to rozbawiło.

— Nie… Ta z pubu, mała czarnulka, lekko pijana.

— Masz dar do zwięzłych opisów, nie często można spotkać kogoś takiego — zaklaskał ironicznie, ale przyznał: — Owszem, spodobała mi się. Trochę pijana, ale zachowała klasę, pomimo procentów. Jednak tam byłeś, sukinsynie. Czekałem na ciebie i chyba wszyscy dostali opieprz przez twoje „zaginięcie”.

Izulzjonista posłał mu bezczelny uśmiech i wzruszył ramionami.

Pablo posmutniał. Dotarły do niego dwie kwestie. Pierwsza: prawdopodobnie nigdy jej nie zobaczy i druga: nawet jeśli, to nie mogliby być razem.

Ron nie odpowiedział, a Pablo pogrążył się we własnych myślach. Próbował sobie przypomnieć jak to jest żyć, jako Powierzchnianin. Po głębszym zastanowieniu, spojrzał na Kirę z nowej perspektywy, jak na dziecko, które jedną nogą jest na powierzchni, a drugą w podziemiu — taką samą jak on, nim „Bachanalia” pochwyciły młodą duszyczkę wabiąc wdziękiem i elektryzującym życiem.

— Znalazłam! — wykrzyknęła uradowana Kira i skoczyła im na plecy, rozpychając ich na boki, wskazała na wejście A i powiedziała: — To tam, stamtąd widziałam jak tygrys schodzi na peron, było późno w nocy i nikogo tutaj nie było. Pokręcił się chwilę i schował za kiosk. Nie wiem, co się dalej z nim stało, bo wsiadałam w pociąg.

Pablo poczuł rosnący niepokój. Tygrys na stacji metra? Pojawiły się obawy, czy Jupiter nie zapragnął przejażdżki pociągiem. Ronald zdawał się czytać mu w myślach.

— Którym pociągiem jechałaś? — zapytał tylko i spojrzał na rozkład jazdy ubiegłej nocy.

Dziewczyna zadarła głowę i patrzyła jak iluzjonista przesuwa palcem po nieaktualnym rozkładzie jazdy.

— Tym ostatnim. — Wskazała, odpowiednią linijkę.

— Czyli prawie dwadzieścia godzin temu — powiedział zrezygnowany Pablo, patrząc na zegarek. — Gorzej jeśli wpadł pod pociąg, na trzecią szynę lub wsiadł do metra i pojechał dalej.

— Skoro był to ostatni pociąg, to raczej nie ma szans, by przemknął się pociągiem niezauważony, ale mógł swobodnie przebiec przez tunele. Nie pobiegłby w kierunku Green Park, bo połączenie jest zamknięte ze względu na remont, o ile się nie mylę. Środkowa szyna jest pod wysokim napięciem, ale tygrys, to nie człowiek, raczej mogło go to rozwścieczyć, oszołomić, ale nie zabić. Jak raz się podsmażył, to potem mógł uważać — próbował dedukować Ronald, a machając papierosem przypominał Sherlocka Holmsa z fajką.

Po monologu jak nigdy nic zapytał, czy Pablo ma telefon, a gdy ten pokiwał głową, magik spojrzał na rozkład i wskoczył do stojącego na stacji pociągu, krzycząc na odchodne:

— Jak coś znajdę to zadzwonię!

Spontaniczność Ronalda wprawiła Pabla w zaskoczenie, ale zaraz poczuł ciepło na sercu. Trudno było mu w to uwierzyć, ale zdawało się, że treser znalazł w końcu kogoś, komu również zależało na życiu tygrysa. Może i tylko z sympatii do Pabla, ale to nawet lepiej. Znali się od dłuższego czasu. Jako młody chłopaczek, zagubiony w Podziemiu, trafił na prawdziwego przyjaciela, równie młodego, co on i zafascynowanego wszystkimi możliwymi grami hazardowymi. Wkrótce gra na pieniądze widniała na całkiem długiej liście uzależnień Ronalda. Podziemny cyrk zapewniał mu ochronę przed konsekwencjami realnego świata i życie w nim było iluzjoniście na rękę. To stanowiło zazwyczaj punkt sporny dwojga przyjaciół, gdyż Pablo nienawidził życia jak szczur w kanale i jeśli kiedykolwiek pokusiłby się o ucieczkę, to tylko z najlepszym przyjacielem, który, jak na złość, rozgościł się na dobre.

Kira wskazała mu kiosk, za którym rozłożył się poprzedniej nocy Jupiter. Nie znaleźli szczególnych śladów, zadrapań nie widać na betonie, a tygrysy i tak nie chodzą z wysuniętymi pazurami. Leżało tu trochę sierści, ale nie różniła się ona z wyglądu od sierści psa, czy kota, a za mało jej było, aby spróbować rozpoznać zapach (zazwyczaj bardzo intensywny) tygrysa.

Nie miał innych poszlak, więc pozostało mu zaufać dziewczynce. Nie wyglądała na osobę żądną uwagi i nie widział powodu, aby Kira kłamała. Podobało jej się towarzystwo cyrkowców. Gdy Pablo otaczał po raz setny kiosk, zapytała:

— Trudno jest oswoić tygrysa?

Pablo podniósł się z przykuca i spojrzał na nią z góry.

— Czasami. Białe są bardziej… a może mniej uległe — odpowiedział ostrożnie, choć imponowało mu, że nie użyła słowa „wytresować” tylko „oswoić”.

W ciemnych oczach Azjatki błysnęło zainteresowanie.

— Dlaczego chcesz, aby były uległe?

Pablo usiadł na schodach i przebiegł ręką po włosach.

— Bo… na tym polega oswojenie, na uległości — wydukał w końcu.

Dziewczyna usiadła obok niego.

— Dlaczego? — Postanowiła nadal go męczyć.

— Ludzie też są ulegli. Zgadzamy się na taki świat, akceptujemy ideę pieniądza, ceny w sklepach, władzę, prawo… nawet taki rozkład jazdy. Nie możemy tego zmienić, więc musimy się z tym pogodzić — powiedział, patrząc w pustkę.

— Ale to jest takie smutne. Tygrysy nie są szczęśliwsze na wolności? — zauważyła.

Uśmiechnął się smutno i spojrzał na nią. Była bardzo bystra jak na trzynaście lat i wyjątkowo męcząca jak na trzynaście lat.

— Wszyscy są szczęśliwsi na wolności — odparł.

Kira wyglądała na usatysfakcjonowaną taką odpowiedzią. Siedziała wpatrzona w zniszczone trampki, a przez materiał kurtki obracała kulki w woreczku. Wiedziała, że dwóch brakowało. Był to tylko kredyt, kulki zawsze do niej wracały, ale i tak czuła się z tym nieco nieswojo, bo tym razem mogło stać się inaczej, gdy nagle wszelkie wątpliwości się rozwiały. Szarpnęła Pabla za ramię i wskazała palcem na znajomą postać.

Pablo wstał przejęty. Niepewnie odwrócił się w stronę Kiry, która bez żadnego „ale”, zaczęła poprawiać jego wymyślny garnitur, który zakładał na arenę i po strzepnięciu ostatnich niewidzialnych prószków z barków, popchnęła go zachęcająco.

Podszedł niepewnie do dziewczyny, wpatrzonej w rozkład jazdy. Dziwnie się czuł, przebrany jak idiota, zmartwiony zaginionym tygrysem, do tego wątpił, czy ta go w ogóle pamięta. Nie wiedział jak zagadać, więc zdecydował się na najprostszą formę:

— Susie? — zapytał, udając zaskoczenie lub niepewność.

Odwróciła się na pięcie i spojrzała na niego, zmrużyła oczy, starając się przypomnieć z kim ma do czynienia.

Wskazała na niego palcem przymykając jedno oko.

— Pablo, tak? — zgadywała.

— Tak. — Odetchnął z ulgą. — Cieszę się, że mnie pamiętasz.

Zaśmiała się cicho.

— Sugerujesz coś? — zapytała rozbawiona.

— Skądże. A z jakiej okazji postanowiłaś się tak zabawić? — Starał się podtrzymać rozmowę.

Dziewczyna przełożyła torebkę do drugiej ręki.

— Zaliczona sesja. Studiuję prawo. — Uprzedziła jego pytanie, po czym dorzuciła: — A ty? Z jakiej okazji, to wdzianko?

Skrzywił się nieco i znowu przeczesał palcami włosy — zawsze to robił, gdy się denerwował.

— Może zabrzmi to dziwnie, ale… szukam tygrysa. Nie widziałaś go może gdzieś w okolicy? — Nie wierzył, że na prawdę o to zapytał, ale czuł taki ciężar na sercu, że nie potrafił na niczym innym się skoncentrować.

Susie otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale się zawahała. Wpatrywała się w niego przez chwilę z szeroko otwartymi, niebieskimi oczami, ale za chwilę parsknęła śmiechem i odwróciła głowę.

— Mówiłeś, że nie pijesz — śmiała się.

Co innego jej pozostało, gdy okazuje się, że facet, który ja podrywał zeszłej nocy i który całkiem jej się spodobał, okazał się świrem.

Nagle między nich wkroczyła Kira.

— On nie żartuje. Zgubili tygrysa, białego. Takiej i takiej wielkości. Nie widziałaś go może? — zapytała, a Pablo stwierdził, że mała nie musi bardzo zadzierać głowy, by spojrzeć na Susie, były niemal tego samego wzrostu.

Studentka wskazała palcem na Kirę i spojrzała na Pabla. Do rana sądziła, że pojawienie się Azjatki było pijacką halucynacją, dopóki nie znalazła kulek w torebce.

— Tak. Znamy się już. Z widzenia — sprostowała Kira i dodała z rozbrajającą prostolinijnością: — Masz moje kulki.

Pablo zmarszczył brwi, ale Susie bez słowa sięgnęła do torebki. Pogmerała chwilę, dzwoniąc rozsypanymi monetami i przekazała w ręce dziewczynki dwa lśniące skarby. Kira przyjęła je z delikatnym dygnięciem, poluzowała ściągacz na woreczku i włożyła je do ich przyjaciół.

— Jestem Kira — oznajmiła po chwili i wysnęła rękę przed siebie.

— Susie — odprała natychmiast i uścisnęła podaną rękę z szerokim uśmiechem.

Pablo czując się nieco zapomniany, postanowił się wtrącić.

— Mnie tak łatwo nie zdradziłaś swojego imienia — zarzucił jej.

Wzruszyła tylko ramionami.

— Ten wieczór był dziwny, bo miałam wrażenie, że zwariowałam. Głównie przez nią — wskazała na Kirę, która zachichotała, po czym dodała poważnie, wyraźnie nabierając do tego dystansu: — Ale tygrysa nie widziałam…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s