Przedsmak czyśćca

Promienie słońca tkwiły zatopione w gęstej mgle, pośród gęstego lasu, którego zapach po deszczu wynagradzał odcięcie od świata. Do najbliższej wsi pięć kilometrów, do przystanku PKS kolejne siedem. Szczęśliwie stamtąd dziesięć minut autobusem dzieliło od centrum niewielkiego, ale jednak miasteczka. Osiem skrzyżowanych ulic, kościół, kawiarnia i supermarket przy zjeździe drogi krajowej oraz bezsprzecznie lepszy zasięg.

Lata temu trafiła do miejsca, gdzie nadzieja umiera ostatnia; z tą różnicą, że ona mogła się stamtąd wyrwać w przeciwieństwie ludzi, których codziennie mijała na korytarzach. Miała dwie nogi i siłę, by iść nawet po wysokim śniegu, błocie, przy silnym wietrze. Był też rower na przyjaźniejsze warunki, przez jakiś czas miała skuter. Z asem w postaci możliwości zapanowania nad własnym życiem dało się tu wytrzymać, a nawet znalazła tu rodzaj spokoju, do którego znalezienia zdążyła już porzucić nadzieję.

Czytaj dalej „Przedsmak czyśćca”

Reklamy

Solemn

Co roku ludzie świętowali to w ten sam sposób. Zdobiono rynek kolorowymi lampami, wstęgami i chorągiewkami. Stawiano pośrodku placu drewnianą scenę. Przynoszono ławki, krzesła i stoły, by wszyscy lub chociaż większość miała gdzie usiąść. Umownie czekano na pierwszą gwiazdę, która tuż obok księżyca miała zdobić ciemne niebo.

Tak było, ale z roku na rok coraz mniej ludzi przychodziło na nocny jarmark. Już nie tańczono, nie śpiewano i nie śmiano się z wpadek starszego Masona, próbującego przez grube szkła okularów odczytać długie przemówienie burmistrza, którego nigdy nie było na miejskich obchodach. Bawił się, ale z arystokracją.

Czytaj dalej „Solemn”

Drzwi Tanatosa

 Nekropolia stała opuszczona od dziesięcioleci, jak nie od wieków. Odgradzały ją od świata połacie lasu i bardzo ruchliwe połączenie kolejowe z przewozami towarowymi. Jednak tym, którym się udało wreszcie tam dostać, mogli mieć wrażenie, że znaleźli się w północno-europejskim Abu Simbel. Brakowało tu monumentalnych i przytłaczających swą potęgą grobowców. Jednak szlachetność, każdego z osobna nagrobka czy mauzoleum, miała arystokratyczną rysę, co wespół tworzyło niemal cesarski panteon.

Ani dla Alice, ani dla jej starszego brata Theo nie była to pierwszyzna. Przodowali w odnajdywaniu zaginionych miejsc, wchodzili do takich budynków, do których ledwo grafficiarze potrafili. Jedyne wspólne zainteresowanie, setki wspomnień i dowodów na jakąś rodzinną więź, wszystko udokumentowane w formie fotorelacji na Instagramie. Tylko po to, by móc ją przeglądać na starość. Theo drukował zdjęcia, na wypadek, gdyby w przyszłości nastąpił deficyt internetowy. Alice popierała pomysł, ale tylko pod kątem ostrożności i troski o istnienie konta instagramowego. Reszta jej nie interesowała. Chłonęła te przygody, tak jak jej rówieśniczki chłonęły fantastyczne młodzieżówki o pięknych i niedostępnych chłopcach i czyhających na główną bohaterkę niebezpieczeństwach. Ona to przeżywała na własnej skórze. Żałowała jedynie, że z bratem.

Czytaj dalej „Drzwi Tanatosa”

Groves

Wieczór jaśniał w świetle lampionów unoszących się w przestrzeni i dających wyobrażenie gwieździstej nocy, którą jednak Bóg nie obdarzył mieszkańców miasta. Ci jednak, mimo iż tradycja nakazywała czekanie ze świętowaniem do pierwszej migoczącej gwiazdy, już od kilku godzin chodzili i bawili się na ulicach. Faktem było, że tradycja tradycją, a zabawa zabawą.

Jak co roku najwięcej ludzi kręciło się po rynku między kamienicami w samym sercu osady. To tu pijano, tańczono i spotykano się ze starymi przyjaciółmi, których w dni powszednie ciężko było zauważyć w tłumie. To również tu można było poprzyglądać się zdobnym karocom, pięknym, białym koniom i miejscowej arystokracji zajmującej szczególne miejsce na bankiecie urządzonym w podwórzu największej kamienicy – co nie znaczyło, że głównie tam przesiadywali.

Czytaj dalej „Groves”

Bajka o życiu

Z nieba padał śnieg. Marny na tyle, że każdy płatek stawał się kroplą jeszcze na długo, nim tknął ziemię. To był ostatni taki opad tego roku. Marcowy śnieg. Pożegnanie Pani Zimy – spalonej i pływającej gdzieś przy brzegu miejscowego jeziora.

Niektórym dzieciom, które oglądały topienie Marzanny, było szkoda brzydkiej kukły. Zdecydowanej mniejszości, na której tle wyróżniał się Franek. Niski, chudy chłopczyk. Jednym słowem — mały. Nawet jak na swój wiek. Przodował, bo nie powstrzymał łez w momencie podpalenia. Zupełnie jakby wraz z klasą nie żegnał mroźnej paskudy, a żywą istotę, która wcale nie zasługiwała na tak okrutny los. Był wrażliwy. Wcale nie bardziej niż powinien, a jednocześnie zbyt mocno. Dlatego wyżsi i więksi chłopcy z klasy nazywali go beksą. Znowu. Prawdą było, że nie zdarzyło mu się to po raz pierwszy.

Czytaj dalej „Bajka o życiu”

Bordeaux

— Bernard O’Cuinn, na twój widok nóż mi się w kieszeni otwiera — Potężny mężczyzna, o barkach szerokich jak szafa, ubrany w grafitowy dzienny garnitur, podniósł się z krzesła na widok Bernarda. — Mimo wszystko dobrze cię widzieć.

William Bayley przybył sam. Zgodnie z obietnicą. I chociaż jego ludzie zostali w samochodzie, nie pozwolił nikomu przekroczyć progu kawiarni. Był zadowolony, że Bernard pojawił się na spotkaniu.

Czytaj dalej „Bordeaux”

Wszystko, co go nie spotkało

Dwadzieścia siedem pięter nad nagrzanym asfaltem Warszawy można było ustrzec od duszącego skwaru. Słońce dające się we znaki od przeszło tygodnia sprawiło, że zdążył zapomnieć, jak to jest wyjść z domu bez uderzenia powietrzem zbitym w gęstą masę o prawdopodobnie śladowych ilościach tlenu.

Myślał jednak, że będzie tu lepiej. Pod purpurowym niebem zaduch nadal miał się dobrze, odbierał wyczekiwany spokojny oddech i odciągał w czasie utęskniony prawdziwy odpoczynek o smaku powietrza, które nie parzyło w język. Wystarczyła tylko chwila na tarasie, by kostki lodu w szkockiej z wodą i cytryną zaczęły dogorywać  jako kulki niewiele większe od dziesięciogroszówki niknące na powierzchni coraz jaśniejszego alkoholu.

Czytaj dalej „Wszystko, co go nie spotkało”