Jupiter. Część czwarta

— Jesteście z policji? — wycedziła do Pabla, dając do zrozumienia, że w razie twierdzącej odpowiedzi jest gotowa splunąć mu w twarz.

Treser podniósł wzrok na towarzysza, a ten wzruszył tylko ramionami. Dziewczyna nie próbowała się wyrywać, a nawet sprawiała wrażenie rozluźnionej, jakby miała znaczną przewagę nad nimi.

— Nie. Jestem Pablo, a to Ronald jesteśmy…

— Cyrkowcami — rzuciła entuzjastycznie.

Czytaj dalej „Jupiter. Część czwarta”

Reklamy

Jupiter. Część trzecia

W przerwie między występami Pablo skinął głową na Rona, który w końcu się znalazł. Iluzjonista uznał, że nie warto przychodzić na rozpoczęcie, bo spotka się tylko z dwoma godzinami nudy. Przecież znał sztuczki przyjaciół na pamięć. Publice pokazał kilka trików z udziałem ich i kart, potem wyciągnął trochę królików z kapelusza i zaanonsował wielki finał.

Tym razem Pablo wyszedł tylko z Aresem, który swoje lata w boju (w końcu bóg wojny) ma już dawno za sobą. Ann stała na podwyższeniu, rzucając znaczące spojrzenie treserowi, przypominając o ich wcześniejszej rozmowie. Trzymał lwa na łańcuchu, pogładził go po grzbiecie, zawiadamiając o pasażerce i szybko podał Ann dłoń, by pomóc jej stanąć na zwierzęciu.

Czytaj dalej „Jupiter. Część trzecia”

Drzwi Tanatosa

 Nekropolia stała opuszczona od dziesięcioleci, jak nie od wieków. Odgradzały ją od świata połacie lasu i bardzo ruchliwe połączenie kolejowe z przewozami towarowymi. Jednak tym, którym się udało wreszcie tam dostać, mogli mieć wrażenie, że znaleźli się w północno-europejskim Abu Simbel. Brakowało tu monumentalnych i przytłaczających swą potęgą grobowców. Jednak szlachetność, każdego z osobna nagrobka czy mauzoleum, miała arystokratyczną rysę, co wespół tworzyło niemal cesarski panteon.

Ani dla Alice, ani dla jej starszego brata Theo nie była to pierwszyzna. Przodowali w odnajdywaniu zaginionych miejsc, wchodzili do takich budynków, do których ledwo grafficiarze potrafili. Jedyne wspólne zainteresowanie, setki wspomnień i dowodów na jakąś rodzinną więź, wszystko udokumentowane w formie fotorelacji na Instagramie. Tylko po to, by móc ją przeglądać na starość. Theo drukował zdjęcia, na wypadek, gdyby w przyszłości nastąpił deficyt internetowy. Alice popierała pomysł, ale tylko pod kątem ostrożności i troski o istnienie konta instagramowego. Reszta jej nie interesowała. Chłonęła te przygody, tak jak jej rówieśniczki chłonęły fantastyczne młodzieżówki o pięknych i niedostępnych chłopcach i czyhających na główną bohaterkę niebezpieczeństwach. Ona to przeżywała na własnej skórze. Żałowała jedynie, że z bratem.

Czytaj dalej „Drzwi Tanatosa”

Jupiter. Część druga

Pablo ledwo przepchnął się przez tłum do kas biletowych, potrącając gości, którym nie wystarczały zapewnienia, że jest częścią trupy cyrkowej. Nieśmiało, wręcz z lekkim przestrachem skinął w kierunku Mongoła o zwalistej posturze i kwaśnej minie. Góra mięsa przesunęła się powoli i ociężale, jakby była to ostatnia rzecz na jaką miał ochotę.

Przecisnął się przez bramki i prawie biegnąc, ruszył w stronę klatek. Grupka artystów zaaferowana zachowaniem Samanthy, z niepokojem patrzyła na kraty. Każdy zdawał się odgadywać w myślach, ile stal może wytrzymać. Tygrysica rzucała się i szczerzyła zęby, co jakiś czas zadawała cios ogromną łapą w metalowe pręty, przyprawiając gapiów o palpitację serca.

Czytaj dalej „Jupiter. Część druga”

Jupiter. Część pierwsza

Ostygły beton przyjemnie chłodził bolące od całonocnego tańca stopy. Zatrzymała się w połowie kroku, lekko zdezorientowana, nie miała całkowitej pewności, gdzie się znajduje. Odprawienie wszystkich z zapewnieniami, że poradzi sobie sama, być może nie należało do najlepszych pomysłów.

Zabawa wciąż trwała, pomimo że dochodziła pierwsza w nocy, to głośna muzyka i landrynkowe światła neonów głaskały jej przemarznięte od wieczornego chłodu ciało.

Oddychała głęboko wyzwolona od smrodu potu i alkoholu, pozwoliła, by rześkie powietrze wypełniło jej płuca. Wypuściła je z sykiem i momentalnie zrobiło jej się niedobrze, a w głowie zakołowało. Pożałowała, że pozwoliła się zostawić. Ledwo rozpoznawalna okolica nie wyglądała na zbyt bezpieczną, zwłaszcza nocą, gdy ciemna kotara zasłania grzeszne dusze, a upojenie alkoholowe szepcze napalonym mężczyznom różne chore pomysły do głów. Dla królowej parkietu, która miała w sobie kilka drinków i wątłą budowę ciała, nocny spacer stawał się jednoznacznym zaproszeniem do gwałtu, morderstwa, kradzieży lub pobicia.

Susie nie podobały się te myśli. Rozejrzała się po ulicy, upewniając się, że na razie nic jej nie grozi i otworzyła torebkę. Zaczęła grzebać w niej po omacku aż natrafiła na portfel. Otworzyła go i zaczęła liczyć monety:

— Jeden, dwa… trzy… Nie wystarczy — burczała pod nosem z wyraźnym niezadowoleniem, że będzie musiała iść na piechotę.

Zmarszczyła brwi i zaczęła szperać po dnie torebki w poszukiwaniu zagubionych klepaków.

 — Pomóc w czymś?— Usłyszała za plecami i w ostatniej chwili powstrzymała się od wrzasku.

Wrzuciła portfel do torebki, słysząc jak rozsypują się w jej wnętrzu bilony. Zapięła ją na zamek błyskawiczny i spojrzała na mężczyznę, otwierając szeroko oczy. Gotowa w każdej chwili zamachnąć się czerwonymi szpilkami, by odeprzeć atak – a przynajmniej spróbować. Stał przed nią prawie dwumetrowy mężczyzna o włosach tak jasnych, że wyglądały na tlenione. Szczupłą i pociągłą twarz znaczyły nieliczne zmarszczki mimiczne.

— Spokojnie, nic pani nie zrobię. Pomyślałem, że młoda kobieta nie powinna chodzić sama po szemranej dzielnicy, do tego w środku nocy. — Uniósł ręce w obronnym geście.

Susan oblizała wargi i wydęła je.

— I co zamierza pan z tym zrobić? — zapytała pogardliwie, mrużąc powieki (wcale nie dlatego, że alkohol uderzył jej za mocno do głowy i widziała go podwójnie, co to, to nie).

Mężczyzna pomachał rękoma i pokręcił głową.

— Tylko nie „pan”. Jestem Pablo. — Podał jej rękę.

Najpierw spojrzała na nią z obrzydzeniem, ale nagle jej wyraz twarzy złagodniał i niezgrabnie, bo lewą ręką, gdyż w prawej zawadzały jej buty, uścisnęła podaną dłoń.

— Miło mi. Jak chcesz mi pomóc, Pablo? — Ponowiła pytanie, nieco bardziej bełkotliwie niż zamierzała.

Pablo zaśmiał się cicho i schował ręce w kieszenie spodni.

— Nie masz zamiaru mi podać swojego imienia?

—Nie.

Wzruszył ramionami, wyraźnie nie zamierzał zbytnio naciskać.

— Raczej nie pozwolisz się osobiście odwieźć do domu? — zapytał retorycznie, Susie już miała potwierdzić jego przypuszczenie, gdy dodał: — Może chociaż zamówię ci taksówkę.

Uśmiechnęła się po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy. Taksówka była bardzo dobrym pomysłem, w tamtej chwili wręcz genialnym.

—Bardzo byłabym wdzięczna — przyznała.

— Jak bardzo? By podać mi swoje imię i przy okazji numer telefonu? — Próbował.

Susan westchnęła ciężko.

—Słuchaj…— Starała się przypomnieć imię rozmówcy, które spadło na nią, jak objawienie: – Pablo. Jestem pijana, zmęczona i robi mi się zimno. Nie rozdaję swoich danych, gdy jestem w tym stanie. Taka zasada.

— Szanuję —przyznał jej rację i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni czarnej kurtki, telefon wielkości cegły, wysunął antenę i szybko wykręcił numer.

Dziewczyna popatrzyła na Pabla z niemałym zaskoczeniem. Zwykły koleś w dżinsach i T-shircie z logiem zespołu Pink Floyd, którego stać na PRZENOŚNY telefon.

W czasie, gdy nowy znajomy zamawiał jej taksówkę, zdecydowała się pomęczyć jeszcze nogi w szpilkach. Zmieniła nastawienie do tego chłopaka. Nigdy nie czuła się materialistką i wcale nie chodziło o to, że telefon był drogi, ale o to, że na takie coś mogły sobie pozwolić osoby „ważne”.

Bacznie przyglądała się mężczyźnie, próbując odgadnąć jego tożsamość, gdy poczuła, że coś uderzyło w jej szpilkę. Odsunęła się, by spojrzeć na nieznany obiekt, a jej oczom ukazała się bursztynowa kula w wielkości przepiórczego jaja. Zaskoczona tym widokiem, podniosła głowę, gdy poczuła kolejne stuknięcie, tym razem o czubek bucika. Kolejna szklana kulka, znacznie mniejsza i niebieska. Susie już automatycznie podniosła głowę i trafiła spojrzeniem na młodą dziewczynę, o skośnych oczach i ciemnych włosach ściętych na pieczarkę. Dziewczyna, na oko nastolatka, przyłożyła palec do ust i skryła się w cieniu jednej ze ślepych uliczek przy słupie z napisem „Golden Square”.

Susie otworzyła usta ze zdziwienia. W tym samym momencie podszedł do niej Pablo, oznajmiając:

— Taksówka przyjedzie za kwadrans. Może się czegoś napijemy… na przykład wody, bo widzę, że masz już dość — zaproponował jej i wyciągnął rękę, bo miał wrażenie, że zaraz się przewróci.

Susie wyrwała ramię i przykucnęła, by podnieść kulki. Wrzuciła je niedbałym ruchem do torby, po czym dumnie zadzierając głowę do góry, ruszyła przed siebie, modląc się w duchu, by nie upaść i tym samym nie narobić sobie większego wstydu. Naprawdę miała ochotę zapaść się pod ziemię.

Zajęli miejsca na skraju lady, by przez szybę wystawową widzieć, czy nie nadjeżdża taryfa. Pablo odczekał aż Susie zajmie miejsce przy barze i siadając na wysokim krześle obok, rzekł do kelnera:

— Dwie szklanki wody.

— Nie musisz sobie odmawiać — zauważyła Susie, stukając paznokciami o brzeg blatu.

Pablo wzruszył tylko ramionami.

— Nie piję.

Nie zadawała więcej pytań. Mogła sobie w głowie układać kolejne scenariusze i snuć przypuszczenia, że Pablo boi się rozbić Mercedesa Benza po pijanemu, a kasę trzepie jako alfons. Podejrzliwie spojrzała na podaną szklankę i uznała, że na pewno nie chce się napić tej wody. Co jeśli ten facet ma układy z kelnerem (to on wybierał pub) i dosypali jej jakiś narkotyk, by ją uśpić i zamknąć w bagażniku Mercedesa Benza? Udała, że straciła zainteresowanie podanym napojem. Gładziła opuszkiem krawędź naczynia, sprawiając wrażenie, że jest zamyślona, a w rzeczywistości modliła się, by te piętnaście minut upłynęło w miarę szybko.

Poczuła na sobie natarczywe spojrzenie Pabla, było zupełnie takie jak upierdliwe stukanie w ramię. Zdawał się tylko czekać, aż Susie odwróci się w jego stronę, by zalać ją potokiem słów. Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że jej reakcje są dość opóźnione, a rozumienie mętne?

— Jesteś dziwna — powiedział w końcu, znudzony oczekiwaniem na jej łaskawe spojrzenie.

— Nie w negatywnym sensie. Lekko tajemnicza, trochę naiwna i… hmm… słodka. Ale wiesz co? Dam ci radę. Nie kręć się w okolicy Golden Square, zwłaszcza nocą. Wybierz dłuższą drogę, przepłać na taryfę, ale nie chodź tamtędy. Przynajmniej przez jakiś czas.

Dziewczyna poprawiła się na krześle i posłała Pablowi zaniepokojone spojrzenie. Poczuła się jeszcze bardziej nieswojo, gdy na jego twarzy widziała czystą determinację i śmiertelną powagę. MAFIA – słowo jak neon ozdobiony czerwonymi ostrzegawczymi lampkami, rozbłysło w jej wyobraźni. Wzdrygnęła się.

Pablo spojrzał na nią pytająco.

— Ciągnie od drzwi — rzuciła szybko i bez namysłu, pocierając pokryte gęsią skórką przedramię.

Dalej siedzieli w ciszy. Widziała, że dla nowego kolegi było to wyjątkowo trudne, tak siedzieć i nic nie mówić, ale nie gdyby wiedział jak bardzo czuła się wdzięczna, to zmieniłby nastawienie. Nurtowała ją jego abstynencja. Intuicja podpowiadała, że to klucz do rozwiązania jego tożsamości, a przynajmniej zawodu, lecz gdy tylko otworzyła usta, by o to zapytać z zewnątrz rozbrzmiał klakson samochodu.

 — To po ciebie — powiedział z ociągnięciem.

Susie nienawidziła takich oczywistych stwierdzeń. W jej rozumowaniu, to tylko chwyt na przedłużenie rozmowy, gdy stawała się wyjątkowo drętwa, jednak w tamtej chwili nie posiadała się z radości. Taksówka, nareszcie.

Odprowadził ją do samochodu, otworzył przed dziewczyną drzwi. Podał taksówkarzowi kilka banknotów przez okno, lecz do nikogo nie odezwał się ani słowem.

Nie mogła tego znieść. Wydawał się jakby trochę na nią obrażony, choć przecież nic złego nie zrobiła. Otworzyła okno taryfy, by spojrzeć raz jeszcze na nowego znajomego i zapamiętać przez pijacki amok, choć część szczegółów.

— Susan — powiedziała na pożegnanie, wiercąc się na tylnym siedzeniu i dodała: – tak mam na imię.

Po tych słowach zamknęła okno samochodu, a przez szybę widziała triumfujący uśmiech na twarzy Pabla. Oparła się wygodniej na skórzanym obiciu taksówki i jak z automatu podała cel podróży.

Mężczyzna odczekał aż taryfa zniknie za zakrętem. Włożył ręce w kieszenie spodni i wrócił do baru. Pokręcił głową widząc, że Susan nawet nie tknęła zamówionej wody. Przejął jej szklankę. Sam nie wiedział, co mogło być niezwykłego w kolejnej pijanej dziewczynie, bawiącej się w sobotnią noc. Gdy patrzył na nią, wydawało mu się, że nie pasuje do obrazka.

— Tutaj jesteś. Po całym mieście cię szukam, nicponiu! — oznajmił gruby brodacz i niezdarnie wgramolił się na krzesło, które jeszcze niecałe dziesięć minut wcześniej zajmowała Susie. — Oddaj telefon, dzwonił Ronald?

Romantyczny nastrój prysł jak bańka mydlana, a wspomnienie dziewczyny stało się wyjątkowo odległe, jakby zagubiło się w gęstej i rudej brodzie jego pracodawcy. Noc najwyraźniej chyliła się ku końcowi. Sięgnął do kieszeni marynarki i niedbale przysunął słuchawkę w stronę szefa, dając mu jasno do zrozumienia, że nie marzył o tym spotkaniu.

— Nie — odparł sucho Pablo i podniósł szklankę do ust.

Grubas zaczął przesuwać tłustymi paluchami po srebrnych klawiszach i wysunął antenę, zupełnie nie zwracając uwagi na humory Pabla.

— Dave? Tu Martim. Widziałeś gdzieś Rona? — Zamilkł na moment, wsłuchując się w odpowiedź, po czym ryknął do słuchawki: — To jak go dopadniesz, to go wytarmoś za ten jego filcowy kubraczek! Za piętnaście minut widzę wszystkich na miejscu, jakoś musimy sobie poradzić bez Jupitera… Tak, Pablo jest ze mną… Zaraz mu przekażę… — Zamilkł na chwilę wsłuchując się w głos dobiegający z słuchawki: — Dobra, zjeżdżaj! Nie mam czasu na twoje wynurzenia. — I bezceremonialnie się rozłączył.

Złożył antenę i schował pokaźnych rozmiarów telefon to kieszeni zielonego płaszcza.

Ktoś mógłby Martima pomylić z jednym ze skrzatów, za które ludzie przebierają się z okazji dnia Świętego Patryka. Dość niski i gruby człowiek, którego można bezproblemowo wpisać w pole kwadratu, a którego największą dumą jest bujna, ruda broda, zawsze starannie wypielęgnowana i uczesana, układająca się w linii prostej do połowy brzucha.

—Dave każe ci wracać, bo Samantha się denerwuje, a nikt nie wie co robić — powiedział w końcu i poprosił barmana o kufel piwa. – Nie będę tutaj siedział o suchym pysku. Postaram się być na czas, jeśli miałbym poślizg, to powiedz Dave’owi, by mnie zastąpił.

Pablo chciał mu coś odburknąć, ale ugryzł się w język. Przecież pijany karzeł powinien widnieć na fladze ich ekipy.

Umówił się w tym pubie z Ronaldem, lecz zamiast niego trafił mu się Martim. Nawet był nieco wdzięczny, że nie musiał tam z nim siedzieć. Jego rubaszne zachowanie nie tylko przynosiło mu wstyd (Martim mógł być jego ojcem), ale przyciągało wiele, bardzo wiele kłopotów. Wypisz wymaluj Irlandczyk, a ci jakoś nie lubili się z Anglikami.

Dopił wodę ze szklanki i szybko przemknął się na ulicę, nie odzywając się ani słowem.

Skierował swe kroki w stronę ceglastego budynku opatrzonego wściekle żółtą tabliczką: „Uwaga, budynek grozi zawaleniem”. Pewnym ruchem przesunął jedną z przyciśniętych kamieniem desek i dostał się do wnętrza squatu. Idąc dalej po omacku, wybadał drzwi do starej piwnicy i ruszył schodami w dół, a tam jeszcze więcej drzwi. Wiedział, że za większością z nich są gruzy zawalonych pomieszczeń. Otworzył trzecie drzwi na lewo i zanurzył się w jeszcze większej ciemności. Wokół unosił się zapach wilgotnej ziemi i próchniejącego drewna.

Gdy wreszcie jego oczom ukazała się odrobina światła, padająca na okrągłe ściany wielkiego tunelu, jak gdyby wykopanego przez kreta giganta.

Przyjechali tutaj raptem na kilka dni, lecz znał drogę na pamięć.

Dziesiątki tysięcy świec, żarówek i lampek błyszczało na ścianach tunelu, przywodząc na myśl koszmary nękające elektryków i strażaków. Znajdowali się w nigdy nie skończonej odnodze metra, a jej prace prawdopodobnie zostały przerwane przez zawalenie się znacznej części tunelu.

Roiło się od ludzi. Starych, młodych, jednak z przeważającą liczbą dzieci. Dla Pabla zawsze to był niesamowity widok, jakby widział całe kolonie szczurów, które raz do roku zbierają się, by spędzić razem Boże Narodzenie. Niektórzy pochodzili z najbardziej odległych zakamarków Londynu i podróż do centrum kosztowała ich wiele czasu i wysiłku, a wszystko, by spotkać się ze wszystkimi na jednym wydarzeniu – wielkim przedstawieniu cyrku „Bachanalia”.

Ogromny namiot w różowo-niebieskie pasy, ozdobiony żółtymi lampkami — identycznymi do choinkowych – stał dumnie rozpościerając wejście do jego wnętrza w ślepym zaułku nigdy nie skończonej linii metra.

Co w tobie nie pisze?

Doczytajcie do końca, bo nie będziecie wiedzieli, co robić!

Kochani!

Składamy w Wasze ręce kilkumiesięczną pracę. Oczywiście, nie mam zamiaru Was nudzić na temat, jak ona przebiegała, bo to nas wszystkich najmniej obchodzi. Część osób się poddała, a najsilniejsi dotrwali do końca.

Test jest stworzony z myślą o zagubionych autorach i być może spotkacie wiele banałów. Ale nie tylko młodych! Także z myślą o autorach zagubionych 16+. Przychodzi czas, kiedy nie widząc rezultatów, należy pomyśleć nad alternatywą. Wchodzimy powoli w dorosłość, nie ma co robić złudnych nadziei, a trzeba zająć się ważniejszymi rzeczami, zwłaszcza, gdy pisanie idzie tak sobie.

Czytaj dalej „Co w tobie nie pisze?”

Bordeaux

— Bernard O’Cuinn, na twój widok nóż mi się w kieszeni otwiera — Potężny mężczyzna, o barkach szerokich jak szafa, ubrany w grafitowy dzienny garnitur, podniósł się z krzesła na widok Bernarda. — Mimo wszystko dobrze cię widzieć.

William Bayley przybył sam. Zgodnie z obietnicą. I chociaż jego ludzie zostali w samochodzie, nie pozwolił nikomu przekroczyć progu kawiarni. Był zadowolony, że Bernard pojawił się na spotkaniu.

Czytaj dalej „Bordeaux”