Colourless green ideas sleep furiously. Część pierwsza

Przed wejściem poprawił wełniany płaszcz, od niedawna za bardzo dopasowany na całej długości. Wkroczył do domu, w którym otaczające go ciepło buchnęło zapachem kulek na mole, taniego detergentu do pielęgnacji drewnianych podłóg, książek oraz zapachów gotowania obiadów dzień w dzień przez dziesiątki lat, które utkwiły w niezmienianych od dekad mebli, kilometrach tapet, boazerii czy pożółkłych kasetonów na suficie. Każdy dom pachniał w wyjątkowy sposób, osadzał się na jego ubraniach i dręczył kolejne godziny, aż wiatr ostatecznie zdmuchiwał z jego ramion niepokojącą perfumę, gdzieś tuż przed ponownym wkroczeniem do własnych czterech ścian.

Był w takim domu po raz tysięczny. Komoda z rudej sklejki, ręcznie szydełkowana serweta, pod nią telefon, co prawda z tych nowszych, produkcję oceniał na przełom dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku. Zmatowiały wazon z plastikowymi kwiatami, które raz do roku wrzuca się do plastikowej miski i przydusza w wodzie z proszkiem do prania, jakby chciało się utopić ich szkaradność, usunąć z rzeczywistości wybryk cywilizacji. Podłużny dywan w kolorze bordo, ukrywający pod sobą obruszone deski pozbawione lakieru.

Czytaj dalej „Colourless green ideas sleep furiously. Część pierwsza”

Reklamy

Jupiter. Część pierwsza

Ostygły beton przyjemnie chłodził bolące od całonocnego tańca stopy. Zatrzymała się w połowie kroku, lekko zdezorientowana, nie miała całkowitej pewności, gdzie się znajduje. Odprawienie wszystkich z zapewnieniami, że poradzi sobie sama, być może nie należało do najlepszych pomysłów.

Zabawa wciąż trwała, pomimo że dochodziła pierwsza w nocy, to głośna muzyka i landrynkowe światła neonów głaskały jej przemarznięte od wieczornego chłodu ciało.

Oddychała głęboko wyzwolona od smrodu potu i alkoholu, pozwoliła, by rześkie powietrze wypełniło jej płuca. Wypuściła je z sykiem i momentalnie zrobiło jej się niedobrze, a w głowie zakołowało. Pożałowała, że pozwoliła się zostawić. Ledwo rozpoznawalna okolica nie wyglądała na zbyt bezpieczną, zwłaszcza nocą, gdy ciemna kotara zasłania grzeszne dusze, a upojenie alkoholowe szepcze napalonym mężczyznom różne chore pomysły do głów. Dla królowej parkietu, która miała w sobie kilka drinków i wątłą budowę ciała, nocny spacer stawał się jednoznacznym zaproszeniem do gwałtu, morderstwa, kradzieży lub pobicia.

Susie nie podobały się te myśli. Rozejrzała się po ulicy, upewniając się, że na razie nic jej nie grozi i otworzyła torebkę. Zaczęła grzebać w niej po omacku aż natrafiła na portfel. Otworzyła go i zaczęła liczyć monety:

— Jeden, dwa… trzy… Nie wystarczy — burczała pod nosem z wyraźnym niezadowoleniem, że będzie musiała iść na piechotę.

Zmarszczyła brwi i zaczęła szperać po dnie torebki w poszukiwaniu zagubionych klepaków.

 — Pomóc w czymś?— Usłyszała za plecami i w ostatniej chwili powstrzymała się od wrzasku.

Wrzuciła portfel do torebki, słysząc jak rozsypują się w jej wnętrzu bilony. Zapięła ją na zamek błyskawiczny i spojrzała na mężczyznę, otwierając szeroko oczy. Gotowa w każdej chwili zamachnąć się czerwonymi szpilkami, by odeprzeć atak – a przynajmniej spróbować. Stał przed nią prawie dwumetrowy mężczyzna o włosach tak jasnych, że wyglądały na tlenione. Szczupłą i pociągłą twarz znaczyły nieliczne zmarszczki mimiczne.

— Spokojnie, nic pani nie zrobię. Pomyślałem, że młoda kobieta nie powinna chodzić sama po szemranej dzielnicy, do tego w środku nocy. — Uniósł ręce w obronnym geście.

Susan oblizała wargi i wydęła je.

— I co zamierza pan z tym zrobić? — zapytała pogardliwie, mrużąc powieki (wcale nie dlatego, że alkohol uderzył jej za mocno do głowy i widziała go podwójnie, co to, to nie).

Mężczyzna pomachał rękoma i pokręcił głową.

— Tylko nie „pan”. Jestem Pablo. — Podał jej rękę.

Najpierw spojrzała na nią z obrzydzeniem, ale nagle jej wyraz twarzy złagodniał i niezgrabnie, bo lewą ręką, gdyż w prawej zawadzały jej buty, uścisnęła podaną dłoń.

— Miło mi. Jak chcesz mi pomóc, Pablo? — Ponowiła pytanie, nieco bardziej bełkotliwie niż zamierzała.

Pablo zaśmiał się cicho i schował ręce w kieszenie spodni.

— Nie masz zamiaru mi podać swojego imienia?

—Nie.

Wzruszył ramionami, wyraźnie nie zamierzał zbytnio naciskać.

— Raczej nie pozwolisz się osobiście odwieźć do domu? — zapytał retorycznie, Susie już miała potwierdzić jego przypuszczenie, gdy dodał: — Może chociaż zamówię ci taksówkę.

Uśmiechnęła się po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy. Taksówka była bardzo dobrym pomysłem, w tamtej chwili wręcz genialnym.

—Bardzo byłabym wdzięczna — przyznała.

— Jak bardzo? By podać mi swoje imię i przy okazji numer telefonu? — Próbował.

Susan westchnęła ciężko.

—Słuchaj…— Starała się przypomnieć imię rozmówcy, które spadło na nią, jak objawienie: – Pablo. Jestem pijana, zmęczona i robi mi się zimno. Nie rozdaję swoich danych, gdy jestem w tym stanie. Taka zasada.

— Szanuję —przyznał jej rację i wyciągnął z wewnętrznej kieszeni czarnej kurtki, telefon wielkości cegły, wysunął antenę i szybko wykręcił numer.

Dziewczyna popatrzyła na Pabla z niemałym zaskoczeniem. Zwykły koleś w dżinsach i T-shircie z logiem zespołu Pink Floyd, którego stać na PRZENOŚNY telefon.

W czasie, gdy nowy znajomy zamawiał jej taksówkę, zdecydowała się pomęczyć jeszcze nogi w szpilkach. Zmieniła nastawienie do tego chłopaka. Nigdy nie czuła się materialistką i wcale nie chodziło o to, że telefon był drogi, ale o to, że na takie coś mogły sobie pozwolić osoby „ważne”.

Bacznie przyglądała się mężczyźnie, próbując odgadnąć jego tożsamość, gdy poczuła, że coś uderzyło w jej szpilkę. Odsunęła się, by spojrzeć na nieznany obiekt, a jej oczom ukazała się bursztynowa kula w wielkości przepiórczego jaja. Zaskoczona tym widokiem, podniosła głowę, gdy poczuła kolejne stuknięcie, tym razem o czubek bucika. Kolejna szklana kulka, znacznie mniejsza i niebieska. Susie już automatycznie podniosła głowę i trafiła spojrzeniem na młodą dziewczynę, o skośnych oczach i ciemnych włosach ściętych na pieczarkę. Dziewczyna, na oko nastolatka, przyłożyła palec do ust i skryła się w cieniu jednej ze ślepych uliczek przy słupie z napisem „Golden Square”.

Susie otworzyła usta ze zdziwienia. W tym samym momencie podszedł do niej Pablo, oznajmiając:

— Taksówka przyjedzie za kwadrans. Może się czegoś napijemy… na przykład wody, bo widzę, że masz już dość — zaproponował jej i wyciągnął rękę, bo miał wrażenie, że zaraz się przewróci.

Susie wyrwała ramię i przykucnęła, by podnieść kulki. Wrzuciła je niedbałym ruchem do torby, po czym dumnie zadzierając głowę do góry, ruszyła przed siebie, modląc się w duchu, by nie upaść i tym samym nie narobić sobie większego wstydu. Naprawdę miała ochotę zapaść się pod ziemię.

Zajęli miejsca na skraju lady, by przez szybę wystawową widzieć, czy nie nadjeżdża taryfa. Pablo odczekał aż Susie zajmie miejsce przy barze i siadając na wysokim krześle obok, rzekł do kelnera:

— Dwie szklanki wody.

— Nie musisz sobie odmawiać — zauważyła Susie, stukając paznokciami o brzeg blatu.

Pablo wzruszył tylko ramionami.

— Nie piję.

Nie zadawała więcej pytań. Mogła sobie w głowie układać kolejne scenariusze i snuć przypuszczenia, że Pablo boi się rozbić Mercedesa Benza po pijanemu, a kasę trzepie jako alfons. Podejrzliwie spojrzała na podaną szklankę i uznała, że na pewno nie chce się napić tej wody. Co jeśli ten facet ma układy z kelnerem (to on wybierał pub) i dosypali jej jakiś narkotyk, by ją uśpić i zamknąć w bagażniku Mercedesa Benza? Udała, że straciła zainteresowanie podanym napojem. Gładziła opuszkiem krawędź naczynia, sprawiając wrażenie, że jest zamyślona, a w rzeczywistości modliła się, by te piętnaście minut upłynęło w miarę szybko.

Poczuła na sobie natarczywe spojrzenie Pabla, było zupełnie takie jak upierdliwe stukanie w ramię. Zdawał się tylko czekać, aż Susie odwróci się w jego stronę, by zalać ją potokiem słów. Czy naprawdę nie zdawał sobie sprawy, że jej reakcje są dość opóźnione, a rozumienie mętne?

— Jesteś dziwna — powiedział w końcu, znudzony oczekiwaniem na jej łaskawe spojrzenie.

— Nie w negatywnym sensie. Lekko tajemnicza, trochę naiwna i… hmm… słodka. Ale wiesz co? Dam ci radę. Nie kręć się w okolicy Golden Square, zwłaszcza nocą. Wybierz dłuższą drogę, przepłać na taryfę, ale nie chodź tamtędy. Przynajmniej przez jakiś czas.

Dziewczyna poprawiła się na krześle i posłała Pablowi zaniepokojone spojrzenie. Poczuła się jeszcze bardziej nieswojo, gdy na jego twarzy widziała czystą determinację i śmiertelną powagę. MAFIA – słowo jak neon ozdobiony czerwonymi ostrzegawczymi lampkami, rozbłysło w jej wyobraźni. Wzdrygnęła się.

Pablo spojrzał na nią pytająco.

— Ciągnie od drzwi — rzuciła szybko i bez namysłu, pocierając pokryte gęsią skórką przedramię.

Dalej siedzieli w ciszy. Widziała, że dla nowego kolegi było to wyjątkowo trudne, tak siedzieć i nic nie mówić, ale nie gdyby wiedział jak bardzo czuła się wdzięczna, to zmieniłby nastawienie. Nurtowała ją jego abstynencja. Intuicja podpowiadała, że to klucz do rozwiązania jego tożsamości, a przynajmniej zawodu, lecz gdy tylko otworzyła usta, by o to zapytać z zewnątrz rozbrzmiał klakson samochodu.

 — To po ciebie — powiedział z ociągnięciem.

Susie nienawidziła takich oczywistych stwierdzeń. W jej rozumowaniu, to tylko chwyt na przedłużenie rozmowy, gdy stawała się wyjątkowo drętwa, jednak w tamtej chwili nie posiadała się z radości. Taksówka, nareszcie.

Odprowadził ją do samochodu, otworzył przed dziewczyną drzwi. Podał taksówkarzowi kilka banknotów przez okno, lecz do nikogo nie odezwał się ani słowem.

Nie mogła tego znieść. Wydawał się jakby trochę na nią obrażony, choć przecież nic złego nie zrobiła. Otworzyła okno taryfy, by spojrzeć raz jeszcze na nowego znajomego i zapamiętać przez pijacki amok, choć część szczegółów.

— Susan — powiedziała na pożegnanie, wiercąc się na tylnym siedzeniu i dodała: – tak mam na imię.

Po tych słowach zamknęła okno samochodu, a przez szybę widziała triumfujący uśmiech na twarzy Pabla. Oparła się wygodniej na skórzanym obiciu taksówki i jak z automatu podała cel podróży.

Mężczyzna odczekał aż taryfa zniknie za zakrętem. Włożył ręce w kieszenie spodni i wrócił do baru. Pokręcił głową widząc, że Susan nawet nie tknęła zamówionej wody. Przejął jej szklankę. Sam nie wiedział, co mogło być niezwykłego w kolejnej pijanej dziewczynie, bawiącej się w sobotnią noc. Gdy patrzył na nią, wydawało mu się, że nie pasuje do obrazka.

— Tutaj jesteś. Po całym mieście cię szukam, nicponiu! — oznajmił gruby brodacz i niezdarnie wgramolił się na krzesło, które jeszcze niecałe dziesięć minut wcześniej zajmowała Susie. — Oddaj telefon, dzwonił Ronald?

Romantyczny nastrój prysł jak bańka mydlana, a wspomnienie dziewczyny stało się wyjątkowo odległe, jakby zagubiło się w gęstej i rudej brodzie jego pracodawcy. Noc najwyraźniej chyliła się ku końcowi. Sięgnął do kieszeni marynarki i niedbale przysunął słuchawkę w stronę szefa, dając mu jasno do zrozumienia, że nie marzył o tym spotkaniu.

— Nie — odparł sucho Pablo i podniósł szklankę do ust.

Grubas zaczął przesuwać tłustymi paluchami po srebrnych klawiszach i wysunął antenę, zupełnie nie zwracając uwagi na humory Pabla.

— Dave? Tu Martim. Widziałeś gdzieś Rona? — Zamilkł na moment, wsłuchując się w odpowiedź, po czym ryknął do słuchawki: — To jak go dopadniesz, to go wytarmoś za ten jego filcowy kubraczek! Za piętnaście minut widzę wszystkich na miejscu, jakoś musimy sobie poradzić bez Jupitera… Tak, Pablo jest ze mną… Zaraz mu przekażę… — Zamilkł na chwilę wsłuchując się w głos dobiegający z słuchawki: — Dobra, zjeżdżaj! Nie mam czasu na twoje wynurzenia. — I bezceremonialnie się rozłączył.

Złożył antenę i schował pokaźnych rozmiarów telefon to kieszeni zielonego płaszcza.

Ktoś mógłby Martima pomylić z jednym ze skrzatów, za które ludzie przebierają się z okazji dnia Świętego Patryka. Dość niski i gruby człowiek, którego można bezproblemowo wpisać w pole kwadratu, a którego największą dumą jest bujna, ruda broda, zawsze starannie wypielęgnowana i uczesana, układająca się w linii prostej do połowy brzucha.

—Dave każe ci wracać, bo Samantha się denerwuje, a nikt nie wie co robić — powiedział w końcu i poprosił barmana o kufel piwa. – Nie będę tutaj siedział o suchym pysku. Postaram się być na czas, jeśli miałbym poślizg, to powiedz Dave’owi, by mnie zastąpił.

Pablo chciał mu coś odburknąć, ale ugryzł się w język. Przecież pijany karzeł powinien widnieć na fladze ich ekipy.

Umówił się w tym pubie z Ronaldem, lecz zamiast niego trafił mu się Martim. Nawet był nieco wdzięczny, że nie musiał tam z nim siedzieć. Jego rubaszne zachowanie nie tylko przynosiło mu wstyd (Martim mógł być jego ojcem), ale przyciągało wiele, bardzo wiele kłopotów. Wypisz wymaluj Irlandczyk, a ci jakoś nie lubili się z Anglikami.

Dopił wodę ze szklanki i szybko przemknął się na ulicę, nie odzywając się ani słowem.

Skierował swe kroki w stronę ceglastego budynku opatrzonego wściekle żółtą tabliczką: „Uwaga, budynek grozi zawaleniem”. Pewnym ruchem przesunął jedną z przyciśniętych kamieniem desek i dostał się do wnętrza squatu. Idąc dalej po omacku, wybadał drzwi do starej piwnicy i ruszył schodami w dół, a tam jeszcze więcej drzwi. Wiedział, że za większością z nich są gruzy zawalonych pomieszczeń. Otworzył trzecie drzwi na lewo i zanurzył się w jeszcze większej ciemności. Wokół unosił się zapach wilgotnej ziemi i próchniejącego drewna.

Gdy wreszcie jego oczom ukazała się odrobina światła, padająca na okrągłe ściany wielkiego tunelu, jak gdyby wykopanego przez kreta giganta.

Przyjechali tutaj raptem na kilka dni, lecz znał drogę na pamięć.

Dziesiątki tysięcy świec, żarówek i lampek błyszczało na ścianach tunelu, przywodząc na myśl koszmary nękające elektryków i strażaków. Znajdowali się w nigdy nie skończonej odnodze metra, a jej prace prawdopodobnie zostały przerwane przez zawalenie się znacznej części tunelu.

Roiło się od ludzi. Starych, młodych, jednak z przeważającą liczbą dzieci. Dla Pabla zawsze to był niesamowity widok, jakby widział całe kolonie szczurów, które raz do roku zbierają się, by spędzić razem Boże Narodzenie. Niektórzy pochodzili z najbardziej odległych zakamarków Londynu i podróż do centrum kosztowała ich wiele czasu i wysiłku, a wszystko, by spotkać się ze wszystkimi na jednym wydarzeniu – wielkim przedstawieniu cyrku „Bachanalia”.

Ogromny namiot w różowo-niebieskie pasy, ozdobiony żółtymi lampkami — identycznymi do choinkowych – stał dumnie rozpościerając wejście do jego wnętrza w ślepym zaułku nigdy nie skończonej linii metra.

Groves

Wieczór jaśniał w świetle lampionów unoszących się w przestrzeni i dających wyobrażenie gwieździstej nocy, którą jednak Bóg nie obdarzył mieszkańców miasta. Ci jednak, mimo iż tradycja nakazywała czekanie ze świętowaniem do pierwszej migoczącej gwiazdy, już od kilku godzin chodzili i bawili się na ulicach. Faktem było, że tradycja tradycją, a zabawa zabawą.

Jak co roku najwięcej ludzi kręciło się po rynku między kamienicami w samym sercu osady. To tu pijano, tańczono i spotykano się ze starymi przyjaciółmi, których w dni powszednie ciężko było zauważyć w tłumie. To również tu można było poprzyglądać się zdobnym karocom, pięknym, białym koniom i miejscowej arystokracji zajmującej szczególne miejsce na bankiecie urządzonym w podwórzu największej kamienicy – co nie znaczyło, że głównie tam przesiadywali.

Czytaj dalej „Groves”

Bajka o życiu

Z nieba padał śnieg. Marny na tyle, że każdy płatek stawał się kroplą jeszcze na długo, nim tknął ziemię. To był ostatni taki opad tego roku. Marcowy śnieg. Pożegnanie Pani Zimy – spalonej i pływającej gdzieś przy brzegu miejscowego jeziora.

Niektórym dzieciom, które oglądały topienie Marzanny, było szkoda brzydkiej kukły. Zdecydowanej mniejszości, na której tle wyróżniał się Franek. Niski, chudy chłopczyk. Jednym słowem — mały. Nawet jak na swój wiek. Przodował, bo nie powstrzymał łez w momencie podpalenia. Zupełnie jakby wraz z klasą nie żegnał mroźnej paskudy, a żywą istotę, która wcale nie zasługiwała na tak okrutny los. Był wrażliwy. Wcale nie bardziej niż powinien, a jednocześnie zbyt mocno. Dlatego wyżsi i więksi chłopcy z klasy nazywali go beksą. Znowu. Prawdą było, że nie zdarzyło mu się to po raz pierwszy.

Czytaj dalej „Bajka o życiu”

Co w tobie nie pisze?

Doczytajcie do końca, bo nie będziecie wiedzieli, co robić!

Kochani!

Składamy w Wasze ręce kilkumiesięczną pracę. Oczywiście, nie mam zamiaru Was nudzić na temat, jak ona przebiegała, bo to nas wszystkich najmniej obchodzi. Część osób się poddała, a najsilniejsi dotrwali do końca.

Test jest stworzony z myślą o zagubionych autorach i być może spotkacie wiele banałów. Ale nie tylko młodych! Także z myślą o autorach zagubionych 16+. Przychodzi czas, kiedy nie widząc rezultatów, należy pomyśleć nad alternatywą. Wchodzimy powoli w dorosłość, nie ma co robić złudnych nadziei, a trzeba zająć się ważniejszymi rzeczami, zwłaszcza, gdy pisanie idzie tak sobie.

Czytaj dalej „Co w tobie nie pisze?”

Bordeaux

— Bernard O’Cuinn, na twój widok nóż mi się w kieszeni otwiera — Potężny mężczyzna, o barkach szerokich jak szafa, ubrany w grafitowy dzienny garnitur, podniósł się z krzesła na widok Bernarda. — Mimo wszystko dobrze cię widzieć.

William Bayley przybył sam. Zgodnie z obietnicą. I chociaż jego ludzie zostali w samochodzie, nie pozwolił nikomu przekroczyć progu kawiarni. Był zadowolony, że Bernard pojawił się na spotkaniu.

Czytaj dalej „Bordeaux”

Wszystko, co go nie spotkało

Dwadzieścia siedem pięter nad nagrzanym asfaltem Warszawy można było ustrzec od duszącego skwaru. Słońce dające się we znaki od przeszło tygodnia sprawiło, że zdążył zapomnieć, jak to jest wyjść z domu bez uderzenia powietrzem zbitym w gęstą masę o prawdopodobnie śladowych ilościach tlenu.

Myślał jednak, że będzie tu lepiej. Pod purpurowym niebem zaduch nadal miał się dobrze, odbierał wyczekiwany spokojny oddech i odciągał w czasie utęskniony prawdziwy odpoczynek o smaku powietrza, które nie parzyło w język. Wystarczyła tylko chwila na tarasie, by kostki lodu w szkockiej z wodą i cytryną zaczęły dogorywać  jako kulki niewiele większe od dziesięciogroszówki niknące na powierzchni coraz jaśniejszego alkoholu.

Czytaj dalej „Wszystko, co go nie spotkało”